czwartek, 30 kwietnia 2020

Zabójczy Żart Todd'a Phillipsa


Ten tekst może zdenerwować parę osób, w końcu biorę na warsztat film o Jokerze. Tak się jednak składa że jako wielki fan Batmana. Rzucę się jak owca na, pożarcie przez wilki i opowiem wam jaki jest Mój problem z tym filmem.

Na początku wyjaśnijmy sobie jedno. Nie jest to zły film ba, powiem że jest to doskonałe kino. Piękne zdjęcia, gra aktorska na wysokim poziomie, muzyka. Wszystko to sprawia że film wciąga, dodatkowo cały czas podczas seansu towarzyszy nam niepokój przez niepokojące kadry. O kreacji Joaquin'a Phoenix'a, będzie można dyskutować latami. W końcu dostał za tą role zasłużonego w pełni Oscara.


Skoro uważam że to tak świetny film, to co jest z nim nie tak? Widzicie w tym filmie, Joker to nie Joker. A przynajmniej to nie mój Joker, które znam z seriali czy kart komiksów. Tutaj mamy bardziej przyziemną postać która, od początku startuje z pozycji osoby chorej psychicznie. W komiksie, Joker to zwykły facet który miał "jeden zły dzień". Z resztą to hasło wybrzmiewa dość mocno w filmie, za co chwała mu. "Jeden zły dzień" aby, wszystko się odmieniło, jednego doprowadzi na skraj szaleństwa, drogiego zafunduje informacje o śmierci żony i kąpiel w toksycznych chemikaliach. Oczywiście można Mi zarzucić że czepiam się, ponieważ Joker to zwykłe origin story i dopiero później w pełni pokaże się jako książę zbrodni. Zgoda, z tym argumentem nie można się spierać. To co jednak zgrzytało mi to, Bruce Wayne - Batman we własnej osobie.


Widzicie, dziwie się że ludzie czepiali się filmu Venom. Nie da się odpowiedzieć historii tej postaci bez Spider-Man'a. Oczywiście że się da, a nawet wychodzi to lepiej. W przypadku Jokera, nie jest tak łatwo wywalić Mrocznego Rycerza. Jego historia jest z nim ściśle związana. Cały wątek że, to Batman stworzył Jokera i jest za niego odpowiedzialny, kompletnie tutaj nie wybrzmiewa. A to dlatego że, tego motywu po prostu tutaj nie ma. Nie wspominając o motywie z problemami finansowymi czy żoną w ciąży. Przez co musiał dołączyć do gangu i działać jako "Red Hood" Tego tutaj nie znajdziemy, co jest wielką szkodą. Do tego scena w której człowiek w masce Jokera zabija rodziców Batmana. Jest to kompletnie zbędne i źle nakierowuje. W historii o Zamaskowanym Krzyżowcu piękne jest to, że to właśnie nie jakiś super łotr, a zwykły bandzior który przypadkiem znalazł się w tej alejce i zaatakował Wayne'ów bo się napatoczyli. Ponownie odzywa się maksyma: "Wystarczy jeden zły dzień" aby, zmienić cały nasz świat i jego pogląd.


Todd Phillips wykorzystał po prostu postać Jokera do, opowiedzenia swojej własnej historii. Tylko lekko bazując na tym co znamy z kart komiksów, filmów czy seriali. Absolutnie jest to błąd a, po przetrawieniu tego zgadza się z jego decyzją. Z punktu widzenia artystycznego jest to dobre podejście. Wszak adaptacja nie musi być wierna oryginałowi. Dzięki temu film stoi na swoich własnych barkach. Nie jest to film o moim Jokerze. Jednak znowu, nawiązując do komiksu "Zabójczy Żart". Joker opowiada tam kawał, który jasno sugeruje że nie ma już dla niego ratunku. Jest po prostu za późno. Tak samo jest z Arthurem w Jokerze, wołał o pomoc, której nigdy nie otrzymał co doprowadziło go na skraj szaleństwa.



wtorek, 28 kwietnia 2020

Batman: Court of Owls


Od jakiegoś czasu mówi się o nowej grze z Batmanem. Całość miała by bazować na komiksie Court of Owls czyli na nasz język Trybunał Sów. Za całość ma odpowiadać WB Games Montreal, twórcy niesławnego Batman: Arkham Origins. Nie zrozumcie mnie źle, absolutnie nie mam nic do tego dewelopera. Nawet więcej, kibicuje im aby stworzyli jak najlepszy tytuł. Mam jednak obawy, ale dlaczego?

Court of Owls, pierwowzór komiksowy w zasadzie z miejsca zyskał status kultowy. Trochę nie rozumiem dlaczego, jednak nie można zarzucić historii rozmachu. Za grę ma odpowiadać WB Games Montreal, czyli twórcy Batman: Arkham Origins które, nie zostało ciepło przyjęte przez fanów. A nawet stwierdzę że został zjechany za, ogromną ilość bugów na premierę. Zarzucę że twórcy nie rozumieją postaci Gacka tak jak Rocksteady. Z resztą za kulisowe problemy i zaczynanie prac od nowa tylko to potwierdzają.


Nie ukrywajmy, przebić Arkham Knight jest bardzo ciężko. Wszystko zależy od przyjętej konwencji i tego co WB Games będzie chciało nam pokazać. Wszak wizja jaką obiorą jest najważniejsza. Czy mówimy o realistycznym Batmanie Christophera Nolana, czy Campowym w wykonaniu Adama Westa, a może groteska u Tima Burtona. Gry Rocksteady wiedziały czym chcą być, opowieściami o  Batmanie detektywie walczącego ze złem. Motyw Court of Owls, tajnej organizacji która z ukrycia rządzi Gotham City. Wydaje się wręcz idealny na kolejną grę o Mrocznym Rycerzu. 


Jednak przy grze nie pracuje Rocksteady a, WB Games. Ci znani są tylko z Arkham Origins, czarnej owcy całej serii Arkham. Studio nie do końca czuje postać Zamaskowane Krzyżowca, korzystając z kalek od Rocksteady. Fabuła nie powalała. Mieliśmy dostać pierwsze starcie z Jokerem, początek ich wieloletniej walki, wyszło to miałko i bez polotu. Sama postać też była źle napisana, brakowało jej spokoju i opanowania. Rozumiem decyzje o niedoświadczony bohaterze, ale w tym przypadku to nie działa. Batman nawet na początku swojej kariery kierował się rozwagą i kodeksem moralnym. Samo miasto jeszcze bardziej pokazywało problemy z poruszaniem się znane z Arkham City. Batman nie został stworzony do hasania po otwartym świecie, a to tutaj dostaliśmy. Wymusiło to wprowadzenie szybkiej podróży za pomocą Batwinga, która zamiast naprawiać problem, jeszcze bardziej go uwydatniała. 


Dopiero Arkham Knight pozwalał nam na sensowne i szybkie poruszanie się po mieście. Batmobil, mam nadzieje że Court of Owls da nam całe piękne Gotham do zwiedzania. Wtedy czujemy się jak prawdziwy superbohater. Chociaż taka mała dygresja, aby odpuścić sobie sekwencje z czołgiem, czy kombinować wygląd. Klasyczny wzór Batmobilu, każdy fan o tym marzy. Kolejnym ważnym elementem który stanowi o sile Batmana to klimat. Osobiście nie jestem fanem wizji Christophera Nolana o "realistycznym" bohaterze. Gotham u niego nie miało charakteru, było każdym dużym miastem. Niestety, Tim Barton jak i późniejsze komiksy bardzo wykształciły wizerunek Gotham jako gotyckiego miasta z masą gargulców, skąpane we wiecznym mroku i deszczu. Ponownie, Rockstedy znalazło idealny balans pomiędzy nowoczesnością a groteską. Co innego WB Games. W Arkham Origins pomimo umiejscowienia akcji w noc Bożego Narodzenia, czyli idealnej scenerii. Nie udało się wyciągnąć klimatu. 


Wspominam o rzeczach z punktu widzenia rozgrywki nieistotnych. Z prostego powodu, deweloperzy mają już w zasadzie cały gotowy szkielet z Arkham Knight. Oczywiście miło byłoby wprowadzić jakieś urozmaicenie czy poprawki do gameplay'u. Czy to jest aż tak ważne? Arkham Knight w chwili pisania tych słów ma na karku 5 lat a, dalej jest bardzo grywalny. W końcu Spider-Man na PS4 korzysta z podobnych mechanik. Bo jak ściągać to od najlepszych. Tak naprawdę czas pokaże, bo dostarczenie dobrej gry o Batmanie to jedno, ale WB Games Montreal musi też pokazać że, umie dostarczyć produkt tak samo dobry jak ich koledzy z Rocksteady






niedziela, 26 kwietnia 2020

Upadek Assassins's Creed


Co to za herezje, jaki upadek? Seria Assassin's Creed dalej świetnie się sprzedaje, a nowe odsłony to świetne gry. Macie racje, tylko że nie dla mnie.

Posiadanie własnego zdania jest zabawne, kiedy wszyscy zachwalają Origins oraz Odyssey. Ja czekam aż ktoś powróci do formuły Unity, Brotherhood czy Black Flag. Dobrze przeczytaliście że jest tam Unity, bo uważam że właśnie ta odsłona została najbardziej skrzywdzona, a w gruncie rzeczy to jedna z lepszych odsłon sagi o "zabójcach". Zacznijmy  od początku.

Rok 2007, premiera ma pierwszy Assassin's Creed. Pomimo powtarzalnej rozgrywce, tytuł zdobył uznanie graczy i recenzentów. Sprzedał się też bardzo dobrze, więc sequel już się tworzył. Jak potem się okazało Assassin's Creed II to do dziś dla wielu, najlepsza odsłona która tworzyła idealna balans rozgrywki. Coś potem jednak się stało, w kolejnych latach nie dostaliśmy trzeciej odsłony, a Brotherhood i Reveletions kontynuowało wątki Ezio Auditore. Z resztą, do dziś wielu uważa że to jedyny bohater który tak naprawdę serii Assassin's Creed wyszedł. Ludzie trochę po narzekali że to odcinanie kuponów, że nic nowego tutaj nie ma, bo faktycznie jedyna zasadnicza różnica to tryb multiplayer który nie ukrywajmy tak naprawdę nikogo nie interesował.


W 2012 roku, doczekaliśmy się pełnoprawnej trójki. Dająca nam nowe realia walki Ameryki o niepodległość oraz nowego bohatera Conora. Jak to bywa w moim przypadku tytuł w jakiś sposób mnie ominął, nadrobiłem go dopiero w 2020, przy okazji wydania remastera na Switcha. Nie uważam tej odsłony za bardzo złą, jednak cały czas miałem wrażenie że czegoś brakuje, a historia toczy się za szybko. Pierwszy skok w bok seria zaliczyła przy okazji Black Flag. Formalnie czwarta odsłona wywracała rozgrywkę do góry nogami dając nam okazje wcielić się w pirata szkolonego przez Assassynów, Edwarda Kenwaya. Wielu uważa że to świetna gra o piratach i średni "Assassyn". Oczywiście, ja się z tym nie zgadzam i do dziś żałuje że Ubi nie poszło tą drogą. A zapowiedziane Skull and Bones, chyba już nikogo nie interesuje.


Jednak to co miało nadejść to prawdziwa rewolucja i gra godna miana next-gena. Mowa o wydanym w 2014 roku Assassin's Creed Unity. Formuła wróciła do tej znanej z dwójki, do tego możliwość dostosowania swojego bohatera do preferowanego stylu gry. Tytuł przez masę błędów jednak, został skrytykowany i do dziś nosi nazwę "Bugity". Mi przyjemnie się grało i z prawdziwą przyjemnością zwiedzałem czasy rewolucji francuskiej. Kolejną odsłonę Syndicate pominę, bo była kalką znanych pomysłów i każdy zgadzał się że trzeba zmienić formułę.

Takim oto sposobem dochodzimy do Assassin's Creed Origins. Wielkiego rebootu, gry która miała zrewolucjonizować gatunek. Już od początku zmiany zastosowane w tym tytule mi się nie podobały. System walki rodem z "soulsów", zamiast mapy, radar i ogólnie bardziej rpg'owe podejście. Jednak powstrzymałem się z oceną do czasu aż sam zagram. Stało się to całkiem niedługo po premierze i moje przeczucie nie zawiodło mnie. Origins to piękna gra, a klimat starożytnego Egiptu aż wylewa się z ekranu.


Wszystko to pęka kiedy, zaczyna się odzywać na główny bohater Bayek, bo z charakteru jest to typowy drech, który podbija do każdego z pytaniem czy mają jakiś problem. Ten zazwyczaj rozwiązuje ten problem mieczem i łukiem. Ogólnie grając, czułem się jakbym grał w bardziej ubogiego Wiedźmina 3, a uproszczenia w mechanice wspinania tylko mnie w tym przekonywało. Historia była dla mnie nudna, a konieczność grindu niszczyła przyjemność z rozgrywki. Bardziej jak potężny wojownik, czułem się jak chłopiec na posyłki.  Nowe Assassin's Creed to tytuł nie dla mnie i raczej nic tego nie zmieni, chyba że kolejny reboot. Cieszę się jedna że tytuł znalazł uznanie i rzeszę nowych fanów.




piątek, 24 kwietnia 2020

Najlepszy Spider-Man na Ps2

Kto nie zna Spider-Mana? Historia Petera Parkera który, poprzez ugryzienie radioaktywnego pająka staje się superbohaterem. Do tego słynne słowa Wujka Bena które towarzyszą mu przez całą jego karierę herosa: "Z wielką mocą wiąże się równie wielka odpowiedzialność" 



Od 1982 roku dostajemy kolejne przygody pająka na naszych monitorach i telewizorach. Ciężko wymienić wszystkie, czy te które były najlepsze. Skupię się za to na jednej z moim zdaniem lepszych gier od spider-manie z ery ps2. Przed państwem Ultimate Spider-Man. Na początku małe wyjaśnienie czym jest uniwersum ultimate. Był to jeden z głównych światów Marvela, powstał on w 2000 roku, mając na celu wprowadzić bohaterów w nowe czasy i zainteresować młodych czytelników do komiksów. Świat radził sobie na początku nieźle, potem jednak stał się pasmem porażek. 


W 2005 roku, dostaliśmy grę Ultimate Spider-Man, wyprodukowaną przez Treyarch czyli przyszłych ojców serii Call of Duty: Black Ops, a wydana przez Activision tytuł o komiksowej grafice. Historia opiera się, na zeszytach komiksów. Mamy tu w zasadzie dość standardowy motyw walki z Venomem. Gra zaczyna się od starcia na boisku do footboolu z tym potworem, a potem napięcie stopniowo rośnie. Historia pomimo oparcia na konkretnych zeszytach nie jest niczym szczególnym, stanowi w zasadzie pretekst to kopania kolejnych "złoli" w rajtuzach. Do dyspozycji dostajemy całkiem spory wachlarz ruchów, no i możliwość zwiedzania Manhattanu i cześć Queens, co jest ogromnym plusem. Jak przystało na grę o pajęczaku, bujanie się na pajęczynie to lwia część rozgrywki i sprawia ogromną satysfakcje.


Do tego chyba po raz pierwszy dostaliśmy możliwość wcielenia się w Venoma i sklepania facjaty Wolverine'a. Te czy inne smaczki sprawiają że Ultimate Spider-Man ma swoją własną tożsamość i jest to tytuł który warto nadrobić, szczególnie że mamy tutaj ciekawą mechanikę. Aby stoczyć walkę z przeciwnikiem, zazwyczaj wcześniej gonimy go po mieście, unikając pułapek czy przejść. Sekwencje te są trudne, ale i szalenie satysfakcjonujące przez to później dostajemy nagrodę w formie walki z bossem. Na którego nie raz trzeba znaleźć jakiś sposób.

Czy warto nadrobić ten tytuł który ma już w zasadzie 15 lat, a na rynku jest dużo lepszy Marvel's Spider-Man na PS4. Warto, bo jest to tytuł oparty już w zasadzie martwe uniwersum które różni się nieco od głównego marvela, do tego pomysł na rozgrywkę jest ciekawy, a możliwość wcielenia się w Venoma daje odpowiednie zróżnicowanie. Grafika pomimo swojej prostoty przez zastosowanie cel-shadingu nie zestarzała się aż tak bardzo, a energiczna muzyka które zagrzewa was do walki ciągle działa. Jeśli tęsknicie za pająkiem, a nie macie PS4, jest to moim zdaniem najlepszy wybór.

środa, 22 kwietnia 2020

Brightburn - Zły Superman


Zrobiłem mały wyjątek do reguły i postanowiłem napisać coś o tym filmie, który premierę miał w maju 2019, a niedawno udało mi się go obejrzeć na HBO GO

James Gunn czyli, reżyser Strażników Galaktyki, tym razem w roli producenta wziął na warsztat opowieść o Supermanie i przerobił ją na horror. Oczywiście Brightburn tylko inspiruje się mitologią Clarka Kenta, aby przypadkiem nie naruszyć jakiś praw autorskich. Jednak nawiązania są widoczne gołym okiem, jak fakt że bohater nosi czerwono-niebieską koszulkę, barwy w których Superman występuje do dziś.


W literaturze komiksowej było wiele prób pokazania alternatywnych wersji tej postaci, czy klasycznego co by było gdyby bohater zszedł na złą drogę. Mamy klasyka w postaci Superman: Czerwony Syn, gdzie bohater zamiast do stanów trafia do ZSRR i zostaje dyktatorem. Mamy też serie Injustice gdzie, po zatruciu gazem Jokera. Sup, zabija swoją żonę. Brightburn to pierwsza duża próba pokazania takiej wersji bohatera szerokiej widowni i o ile film mi się podobał to widzę tutaj pewną straconą szansę. 



Nie da się mówić o tej postaci nie wspominając jej genezy. Kal-El jako niemowlę zostaje wysłany ze zniszczonej planety Krypton, wprost na Ziemie. Tam zostaje adoptowany przez rodzinę Kentów, odkrywa swoje super moce i staje się bohaterem. Wychowanie to jedna z istotnych cech jeśli chodzi o tą postać. Przez lata dostał łatkę Harcerzyka, osoby która nigdy nie przejdzie na czerwonym świetle, albo jadąc w autobusie jeden przystanek kupi i skasuje bilet. W Brightburn mamy podobną sytuacje, chociaż państwo Brayer nie są aż tak przesadnie dobrzy, starają się dobrze wychować swoje dziecko i w zasadzie tyle. Tutaj też pada mój największy zarzut do tego filmu. Liczyłem po trailerach że tak jak w oryginale wychowanie ma bardzo duży wpływ na supermana, tak i tu będzie to kluczowe. 



O ile film byłby lepszy, moim zdaniem. Gdyby państwo Brayer byli patologią. A ich syn Brandon tylko powtarzał by ich błędy, bo jest to jedyna rzecz którą zna i jako dorastający chłopak uważa że to normalne. Niestety, napięcie lekko zanika kiedy od początku filmu dostajemy sygnały że z Brandonem jest coś nie tak. A statek kosmiczny który daje mu idea "Przejmij świat" uznaje raczej za sztampowy. Ogólnie jednak czy jest się do tego w tym filmie przeczepić? Ja nie jestem fanem horrorów, film trzyma w napięciu, ale raczej nikogo nie przestraszy. Sceny gore, również nie są aż tak obrzydliwe jak wcześniej czytałem.

Dla kogo więc jest ten film? Na pewno dla fanów superhero, bo jest to ciekawe podejście do tematu. Z chęcią zobaczył bym więcej tego typu projektów czy pomysłów. Warto dać tej produkcji szansę, tym bardziej że to dobrze zrobiony film. Nie jakiś straszny, ale przyjemny i dla fanów gatunku i dla fanów bohaterów z majtkami na spodniach.


poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Uncharted - nieoszlifowany diament


Mało kto pamięta pierwsze Uncharted, w końcu ten tytuł ma już 13 lat i po dziś dzień nie wygląda źle. Pomimo ogólnego uwielbienia dla serii, nigdy nie zapoznałem się z pierwszym Uncharted, aż do teraz.

Zacznijmy od tego że, pierwsze Uncharted jest bardzo kameralne. Dzieje się tak naprawdę w obrębie jednej wyspy. Dżungla którą przyjdzie nam niestety zwiedzać jest dość nudna i korytarzowa. Nie jest to wada, a przyjęta konwencja. Jednak patrząc na pierwszą część, w życiu bym nie powiedział że może stać się jedną z największych marek na konsole sony, a to z prostego powodu. W tej grze, strasznie dużo się strzela, zasugerował bym nawet że to typowa budowa arenowa której bliżej do Gears of War niż przygód Lary Croft. Pokonywanie dżungli to nieustanna walka z wrogiem, przerywana sporadycznymi zagadkami. To właśnie największa wada pierwszego Uncharted, brak zdecydowania. Czy to ma być strzelanka, a może bardziej gra przygodowa nastawiano na zagadki? Nawet pojawiło się miejsce na prostackie sekwencje QTE w liczbie czterech na całą grę.


Nie było by w tym nic złego, w końcu kto nielubi strzelać. Tylko że zawodzi model walki. Nie zrozumcie mnie źle, jest w porządku. Jednak daleko mu do tego z Gears of War. W ferworze walki przeszkadza czasami brak gracji Nathana z chowaniem się za osłonami czy precyzyjnego celowania. To wszystko jednak nic, bo to co zawiodło w pierwszym Uncharted to bohaterowie. Są sympatyczni, ale nie wybijają się po za "growe" standardy, nie są to jeszcze tak ukształtowani jak w późniejszych częściach. Oczywiście że wzbudzają sympatie, jednak nic po za tym.


Jednak to co najbardziej mi przeszkadzało to rozdział 18 i uwaga spoiler. W tym rozdziale okazuje się że na skarbie El Dorado ciąży klątwa, i nagle pojawiają się potwory. Kojarzycie ten motyw z filmu Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki gdzie, pod koniec filmu okazuje się że to wszystko to sprawka kosmitów i wielki statek wylatuje w kosmos. Tak właśnie czujemy się w Uncharted, cały klimat szlak trafia i nie było by w tym nic złego gdyby nie to że gra przez większość czasu wmawia nam że raczej jest realistyczna. Ciesze się że twórcy w kolejnych odsłonach odchodzili od tego coraz bardziej, aż w końcu zapomnieli.

Podsumowując, warto było nadrobić pierwsze Uncharted, na tle serii jest to tytuł interesujący który ciągle szuka swojej tożsamości i późniejszych odsłonach decyduje czym tak naprawdę chce być.



sobota, 18 kwietnia 2020

Alan Wake - wspaniała przygoda, ale...

Remedy Entertainment, Fińskie studio które dało nam takie hity jak: Death Rally czy Max Payne. Postanowiło spróbować czegoś innego, wydało Alan'a Wake, grę która miała przypominać serial. Każdy z epizodów kończył się stosownym cliffhangerem, a przed rozpoczęciem dostawaliśmy tak klasyczne dla seriali "previously on Alan Wake...", do tego klimat rodem z miasteczka Twin Peaks czy nawet Silent Hill, tylko napawał optymizmem. Alan to będzie thriller grozy pełną gębą. Do tego swoje 3 grosze miał dorzucić fiński zespół Poets of the Fall, które prywatnie jestem wielkim fanem. Co więc poszło nie tak?


Wybaczcie ten przydługi wstęp, musiałem wyjaśnić jak bardzo w tamtym czasie był to dla mnie tytuł. A odpowiedź jest bardzo prozaiczna i wielu z was może zaskoczyć. Alan Wake to wspaniała przygoda, ale nigdy jej nie ukończyłem. Rozumiem że teraz pewnie czujecie się zawiedzeni, ale zacznijmy od początku. Premiera Alan Wake, jak i cały hype po premierze ominął mnie z racji braku posiadania Xbox'a. Musiałem więc czekać dwa lata aż wyjdzie edycja PC, w tym czasie już trochę zapomniałem o tym tytule, przypominając sobie o nim przy okazji odsłuchiwania kolejnych utworów Poets of the Fall. Warto jednak wspomnieć że na premierę tytuł doczekał się małej kontrowersji. A wszystko przez graczy którzy zagrali wcześniej w Heavy Rain, z jakiegoś powodu ubzdurali sobie że tym właśnie Alan Wake jest, tylko z sekwencjami strzelanymi. 


Wracając jednak do opowieści. Premiera na PC i moje zaskoczenie, całkowicie odbiłem się od tej gry. Sekwencje dzienne były świetne, przepełnione klimatem, jednak w momencie którym miałem przemierzać las, sekwencje te były irytujące. Po prostu nie potrafiłem w Alan Wake walczyć. Nie jest to wina gry, o czym później. Wytrzymałem zdaje się do 3 epizodu i słynnej walki z buldożerem, nie mogłem wtedy sobie z nią poradzić i po prostu rzuciłem Alana, wracając do ogrywania czegoś innego. Czas mijał, a Ja z racji wypuszczenia przez Poetsów nowego albumu, postanowiłem dać drugą szansę tej grze i tym razem było lepiej, głównie dlatego że grałem na łatwym poziomie trudności. I nawet doszedłem do 4 epizodu, tu jednak stało się coś czego nie potrafię wyjaśnić. Uszkodził mi się save, a wtedy nie wpadłem na to aby po prostu pobrać jakiś z internetu. Alan Wake znowu mnie pokonał.


Teraz przesuwamy się w czasie do roku 2019, dziełem przypadku stałem się dumnym posiadaczem Xbox'a360 celem ogrania interesujących mnie gier ekskluzywnych. Wtedy właśnie przypomniałem sobie o Alanie i postanowiłem spróbować po raz już trzeci. Alan Wake na xbox360 to wspaniała przygoda, kiedy zacząłem ogrywać w parę dni doszedłem do słynnej już walki z buldożerem, którą przeszedłem za pierwszym razem i doszedłem do epizodu piątego. Jednak nigdy już do Alana nie wróciłem. Dlaczego? Nie wiem, po prostu nie czułem potrzeby dalszej gry, może w tamtym momencie inny tytuł zawrócił mi w głowie i po dłuższym czasie uznałem że nie warto już wracać. A zawsze powtarzam że to świetny tytuł z ładną grafiką, świetną muzyką i genialnym klimatem. Strzelanie do którego w końcu się przyzwyczaiłem, też jest w porządku. Kiedy zacząłem przestać myśleć o tej grze jak o Resident Evil, a pozwoliłem jej odkryć własną tożsamość, strzelanie stało się proste i przyjemne. Widać tajemnica miasteczka Bright Falls nigdy nie zostanie przeze mnie odkryta. 

Ciekawostka na koniec, miesiąc po tym jak sprzedałem xbox'a, szukając czegoś w szafie, natrafiłem na dość dziwny obiekt, to jego wyciągnięciu była to pudełko z Alan Wake. Chyba powinienem zacząć się obawiać, a może w końcu ukończyć tą grę?

czwartek, 16 kwietnia 2020

5 Gier których Ubisoft już nie zrobi

Ubisoft, francuski wydawca od lat zdaje się gubić swój własny ogon wydając kolejne gry usługi. Seria Assassin's Creed straciła swój dawny blask, stając się parodią gry rpg. Dzisiejszy Ubisoft, jak można zauważyć nie jest dla mnie. Dlatego, chcę przedstawić 5 gier na których powrót liczę. A racji nadchodzącej premiery nowych konsol, Francuzi przypomną sobie o którymś z tym tytułów. Zapraszam:



Rayman

Jak nie zacząć tego zastawienia od Raymana, jednej z najlepszych platformówek od Michaela Ancela. Szczególnie część trzecia, zapadła mi w pamieć ze swoim wykręconym klimatem i postaciami. Nowością było używanie bojowych puszek. Było ich 7, każda w innym kolorze i dająca inną zdolność. Tutaj możliwość tworzenia tornad, tutaj łańcuch dzięki któremu mogliśmy się huśtać na zaczepach. Potem dostaliśmy bezczelne Rayman: Raving Rabbids. Gra oczywiście nie miała z nic wspólnego z tytułowym bohaterem, a było chamską próbą wypromowania nowej maskotki dla konsoli Nintendo Wii. W 2011 roku, coś ruszyło bo dostaliśmy świetne Rayman Origins, platformówkę 2D, każdy wiedział że to badanie rynku. Wszyscy czekali na zapowiedź nowego Raymana w 3D, które ostatecznie się nie doczekaliśmy. Na osłodę w 2013 roku mogliśmy zagrać w Rayman Legends, kolejną dwu wymiarową platformówkę



Splinter Cell

Mój pierwszy kontakt z skradankami(wybacz Snake), do tego poważna opowieść political fiction. Możliwość wcielenia się w specjalnego agenta i infiltrowanie tajnych placówek i innych baz terrorystów. To wszystko zapewniał Splinter Cell. Przy okazji premiery Splinter Cell Conviction zaczęto kombinować nieco z serią, iść bardziej w stronę akcji, niż faktycznego skradania. Seria zyskała na dynamice i widowiskowości. To wciąż, pierwsze odsłony były tymi najlepszymi, powolne poruszanie się po budynku, unikanie wykrycia i alarmu. W 2013 roku, dostaliśmy Blacklist, od tego czasu Sam Fisher czyli główny bohater pojawia się gościnnie w innych grach Ubi. Gwóźdź do trumny serii zapadł w 2019 na konferencji E3. Ubisoft zapowiedział mobilną grę Free to Play Elite Squad, gdzie jedną z postaci jest właśnie Sam Fisher. Nie było lepszego sposobu, aby pokazać fanom jak bardzo mają w poważaniu tą serie.



Prince of Persia

Swego czasu jedna z najlepszych gier akcji, pełna skakania po platformach, biegania po ścianach, ciekawych zagadek i wymagającego systemu walki. Pierwszy POP od Ubisoftu bierze garściami od Lary Croft, nie będąc tym samym gorszym. Kolejne odsłony później coraz bardziej odchodziły od klimatu z Baśni Tysiąca i jednej nocy, na rzecz brutalnego i krwawego heavy metalu. Wystarczy popatrzeć na sam początek nowego POP'a aby zrozumieć jaki kierunek obrali twórcy. Pomimo dla wielu jest to najlepsza i najbardziej dopracowana odsłona, tak Ja zdecydowanie wole część trzecią. The Two Thrones było ostatnią częścią trylogii, w końcu wracaliśmy do Babilonu i znowu mieliśmy się zmierzyć z Wezyrem, który przejął panowanie nad miastem. Później seria miała kilka eksperymentów jak stylizowana odsłona z 2008 roku, która nie każdemu przypadła do gustu. Czy wydane w 2012 roku Zapomniane Piaski, których akcja dzieje się pomiędzy pierwszą, a drugą odsłoną. No i premiera złożyła się w czasie z premierą filmu. Jak na razie nie mamy szans na nowego Księcia, zabiła ją bardziej popularna marka Assassin's Creed z której wyrosła.                                                                                                                                       


Naruto

Zaskoczę was tym, ale Ubisoft ma w swoim portfolio grę z Naruto, do tego exlusive na xboxa360 i zrobiony nie przez byle kogo. Główną dywizje Ubisoftu z Montrealu. Do tego wyszła niemal w tym samym czasie co pierwszy Assassin's Creed. Produkcja dość wiernie śledziła losy serialu anime i tytułowego bohatera Naruto. Model walki był wzorowany oczywiście na bijatykach i opierał się na starciu jeden na jednego. Nie było to najgorsze, jednak odradzał bym kupowanie tej gry jako "bijatyki". Za to eksploracja to było coś co do dziś nie udało się przebić. Śmiganie po pięknej wiosce Konoha, którą podziwiamy w całości i możemy wspiąć się gdzie chcemy. Do tego system przemieszczania się pomiędzy lokacjami za pomocą drzew, tak jak bohaterowi robili to w serialu. Wyszły dwie części, Naruto Rise of a Ninja oraz Broken Bond, obydwie przedstawiają historię do ucieczki Sasuke z wioski. Nie ma co raczej liczyć na to że Ubi jeszcze kiedyś podejmie się, a szkoda. Bo to jedyny w swoim rodzaju tytuł, nie będący kolejną bijatyką w tym uniwersum.



Nowy South Park

Jedyna gra która ma jakiekolwiek szansę się ukazać. Jest też świetnym przykładem gry, których Ubisoft już nie robi. Produkcja zadebiutowała ledwo 3 lata temu. Nie była to zła gra, ale widać było ugrzecznienia względem poprzedniczki, aby przypodobać się masowemu odbiorcy i przypadkiem nie wywołać kontrowersji. Dodatkowo oparcie wszystkiego o bardzo popularnych superbohaterów. To miało sprawić że gra osiągnie sukces i tak też się stało. Sprzedaż jak i oceny pokazują że to godny następca Kijka Prawdy. Problem jest jeden, Ubi jest zafascynowane "Grami jako Usługami" Teraz w ich portfolio, nie ma tytułu nastawionego na solowego gracza. Dlatego wydaje mi się że kolejnego South Park już nie uświadczymy. No chyba że dostaną ostro po łapach ze swoją polityką, ale na to się nie zanosi.

wtorek, 14 kwietnia 2020

Zachodnie RPG po Japońsku


Capcom swego czasu lubił inwestować w nowe i ciekawe pomysły, jednym z nich było Dragon's Dogma, wydany w 2012 roku Action RPG w zachodnim stylu. Dla mnie przygoda z tą produkcją zaczęła się w 2020 roku, gdy sięgnąłem po wersje na Nintendo Switch. A była to podroż przez mękę.


Obecna sytuacja zdawała się idealną, do nadrobienia starych gier. Naciskając przycisk start, jeszcze nie wiedziałem co mnie czeka. Tworzenie postaci, oraz pierwsza walka z gigantycznym smokiem które skradł nasze serce tworząc nas tzw. Arisen, nie zapowiadała katastrofy. To był jednak dopiero początek. Bo tytuł nie łasi się na żadne wyjaśnienia, gdzie iść i co robić. Większości trzeba się domyślać. Poznajemy Pionki, są to bliżej nieokreślone istoty które wyglądają jak ludzie w pełni poddani naszej woli. Mamy nawet okazje stworzyć swojego własnego Pionka który leveluje razem z nami. Ten pionek potem może zostać przywołany przez innych graczy aby wspomóc ich w grze. Więc mamy swojego głównego pionka, oraz dwa inne które przywołujemy od innych graczy. Tutaj też pojawia się kolejny problem. Pionki są pomocne w bardzo ograniczony sposób. Zapomnijcie o taktycznych akcjach, osaczaniu przeciwników, podkradania się do obozów. Nasi towarzysze lecą na pałę i mają zadanie jak najszybsze zmasakrowanie przeciwnika, co często im się nie udaje. Pionki pozostawione same sobie są bezużyteczne. Leczą w małej ilości, więc i tak potrzebujemy mikstur i ziół leczących, zaklinają broń wtedy kiedy mają ochotę. A i nie raz potrafią się zgubić w lokacji po prostu za nami nie nadążając. 


Poruszanie się po lokacjach, nie wiem kto wpadł na to aby w całej krainie Gransys wszędzie łazić z buta, z bardzo ograniczoną szybką podróżą i staminą która odpowiada za nasz sprint. Ostatecznie podczas podróży co chwile pauzujemy grę, wybieramy z menu miksturę albo zioło które przywraca nam stamine i biegniemy dalej. 

Ale, ale Jakubie jak oglądam gameplaye to wygląda genialnie, wspinanie się na wielkie potwory jak w Shadow of The Colossus. Tak, to jest fajne dopóki nie odkrywasz że potworów jest może 5. Kiedy podczas jednej misji biegniesz z buta, chcesz dotrzeć do celu i podczas wędrówki atakuje cię 2 chimery i 1 cyklop to masz już tego dość. Potwory mają duże paski energii i to po prostu walka to smutny przymus  który ma cię zatrzymać. A nie da się tak normalnie uciec? Nie, bo Pionki muszą z nim walczyć, wołanie nic nie daje. A jak sam uciekniesz to gra nawet Cię nie poinformuje że po prostu twojego Pionka usunęła z party. Przywołać ich niestety, można przy specjalnych kamieniach. Na koniec dodam że przeszedłem całość i do dziś nie wiem o co chodzi z fabule, a mój angielski wcale nie jest na tak złym poziomie.


Oceny na różnych portalach zachwalają Dragon's Dogma i tak jak fenomen serii Souls jestem w stanie zrozumieć, tak tutaj dla mnie jest to gra po prostu zła, na którą nie warto tracić czasu. 






niedziela, 12 kwietnia 2020

Skyrim VR - ostateczna immersja?


Skyrim wielkim RPG był. Takimi słowami witamy w 2020 roku, ten już przestarzały i archaiczny tytuł. Todd Howard, jednak nie pozwala nam zapomnieć o jego dziecku i co jakiś czas słyszymy o nowej wersji Skyrima, to na lodówki, pralki i inne sprzęty AGD.

To co mnie zainteresowało to edycja na Playstation VR. Mój hypetrain był rozpędzony do prędkości która zawstydziła by japońską super kolej. To w końcu Skyrim w wirtualnej rzeczywistości. Co może pójść nie tak? Okazuje się że bardzo wiele.


Nie muszę chyba zaznaczać że, mój pociąg doczekał się widowiskowej kraksy. Po założeniu hełmu i wzięciu do rąk kontrolerów Move, sen o immersji z przed niemal 10 lat spełnił się, znajdowałem się w Tamriel, a dokładnie prowincji Skyrim. Brzydkim i bardzo nieostrym Tamriel, ale jednak. Nie bójmy się powiedzieć że grafika jest paskudna, strasząc niską rozdzielczością tekstur. Po jakimś czasie, przestałem na to zwracać. Pradawne Zwoje nawet w czasie swojej premiery, nie były zbyt piękną grą. Idąc dalej, stworzyłem postać, odwiedziłem Rzeczną Puszczę i zwróciłem złoty szpon lokalnemu sklepikarzowi. Gogle VR potęgowały przebywanie w świecie, podczas zwiedzania lochów serce waliło mi na myśl nagłego ataku pająków. Parę razy nawet zdarzyło mi się krzyknąć, widząc jak biegnie w moim kierunku szkielet.


Wszystko to jednak tylko przykrywka dla smutnej prawdy. To wciąż tylko stary Skyrim, z paroma bajerami. Widać że gra w dość leniwy sposób jest dostosowana do wirtualnej rzeczywistości. W technologii VR, jedno z najważniejszych czynników to zaznaczyć obecność gracza w świecie gry, przez interakcje z różnymi obiektami. W Skyrim, możemy podnosić obiekty, ale bardziej wygląda to jakbyśmy używali do tego siły umysłu, a nie własnych rąk. Fakt że nasze dłonie są dla NPC nie zauważalne chyba że mamy nałożoną broń to kolejna strzała w kolano, która niszczy iluzje przebywania w tym świecie fantazji. Na koniec pozostawiłem walkę. Czarów i łuku używa się świetnie, dając naprawdę świetne uczucie. Broń biała to kolejny poważny zarzut, o ile wmówimy sobie że będziemy postać odgrywać i każdy cios wyprowadzać dokładnie to nasza zabawa nie jest zagrożona. Gorzej, kiedy chcemy grać efektownie, uzbrajamy się wtedy w dwa miecze i jak najszybciej młócimy rękami, aż do pewnej śmierci przeciwnika.

Po tej lekturze tworzy wam się obraz tytułu słabego i faktycznie tak jest. Skyrim na VR słabo korzysta z dóbr wirtualnej rzeczywiści, będąc raczej ciekawostką. W moim przypadku po rozczarowaniu, przyszła pora na akceptacje i już bez żadnych oczekiwań bawię się w Skyrim VR tak dobrze jak prawie te 10 lat, kiedy gra miała swoją premierę. W końcu mam pretekst aby przejść wszystkie dodatki. Do zagrania w wolnej chwili, ale nie jest tytuł dla którego warto zaopatrzyć się w gogle wirtualnej rzeczywistości.


Ludzkie oko widzi tylko 30 fps



Jestem Jakub, ale wole jak mówią na mnie Uwopool. Od kiedy pamiętam, gry były w moim życiu. Zaczynając od kultowego już klona NES'a czyli Pegasusa, aż po pierwszy komputer, aż do konsol. Na blogu poznacie moje przemyślenia, spostrzeżenia oraz kąśliwe uwagi odnośnie branży gier wideo.