środa, 27 maja 2020

Symulator chodzenia




Jestem po przejściu mojego pierwszego horroru w życiu. Mowa o Blair Witch, od Polskiego studia Bloober Team. Nigdy nie lubiłem się bać, a jednak impuls sprawił że chciałem poznać historię Wiedźmy z Blair. Do tego był to przedstawiciel dość niszowego gatunku nazwanego jako "Symulator Chodzenia". W tego typu produkcjach to opowieść i narracja grają pierwsze skrzypce, a rozgrywka schodzi na dalszy plan. 


Boje się oglądać horrory, a co dopiero w nie grać. Wiedząc co mnie czeka, postanowiłem i tak spróbować. Całą transmisje z resztą przesyłałem na twitch, z naiwną myślą że widzowie będą mi pomagać podczas live przeżyć trudne chwilę. Faktycznie patrząc ile rozrywki daje im mój strach, czułem motywacje aby przeć naprzód i w pewnych momentach czułem się całkiem komfortowo. To chyba właśnie stanowi o sile tych gier, ciągłe uczucie dyskomfortu. Tego że w każdej chwili może coś nas wystraszyć, z resztą Blair Witch świetnie operuje napięciem i daje nam odpowiednio odsapnąć po momentach grozy.


Wcielamy się w rolę Ellisa, który przybywa do lasu w celu odnalezienia zaginionego chłopca. Ellis to koleś niestabilny, po dość poważnych przejściach. W trzymaniu nerwów na wodzy pomaga mu wierny pies Bullet. Psina jest towarzyszem bohatera, a także integralną częścią rozgrywki. Odnajduje nie raz wskazówki czy tropi poszlaki. Ostrzega nas przed niebezpieczeństwem, a stracenie go z oczu, sprawia że stan psychiczny naszej postaci gwałtownie się pogarsza. Z resztą, bardzo szybko przywiązujemy się do naszego pupila i staramy się o niego dbać.


Muzyka w Blair Witch również stoi na najwyższym poziomie, strach który potęguje tylko przeszkadzał mi przeć naprzód i poznawać historię. Oczywiście to wielka zaleta, a dodatkowo grając na słuchawkach, gdzie dźwięki dochodziły z różnych strony jeszcze bardziej potęgował uczucie strachu i fakt że coś w tym lesie jest nie tak.


Moja przygoda skończyła się po upływie około 5 godzin, uważam że jest to wynik idealny dla tego typu produkcji, tym bardziej że, nie wiem czy wytrzymał bym kolejne godziny straszenia. Co ciekawe, ta gra przekonała mnie aby sięgnąć po więcej tego typu tytułów. A może i nawet spróbuje czegoś na VR, bo tam horrory pokazują swój pełny potencjał. Na razie zostawiam was z sentencją na koniec. Strach ma tylko wielkie oczy, a ja chętnie poznam inne opowieści grozy.


środa, 20 maja 2020

Funkcje które chciałbym zobaczyć na PS5

Playstation 4 to świetne urządzenie, a przynajmniej było takie w momencie swojej premiery w 2013 roku. Teraz po siedmiu latach czeka nas nowa generacja, a w wraz z tym nagły wzrost jakości. Nie mam zamiaru opowiadać tu o mocy konsoli czy dysku SSD, który ma być "rewolucyjny". Chciałem napisać o funkcjach systemu które. chętnie w nowym sprzęcie tym zobaczył.


Lepsze narzędzia do streamowania - Sony, trafiło w dziesiątkę z przyciskiem "Share" który pozwolił w łatwy i prosty sposób spełnić marzenia domorosłych streamerów o wielkiej sławie. Nie potrzebna już była droga karta przechwytująca, wystarczyła sama konsola i pomimo że opcja ta nie jest idealna, bitrate jest dość niski. Konsola na swoim podstawowym modelu wyciąga tylko 720p, a nakładka czatu jest paskudna. To jednak dobrze się sprawdza i Sony dalej będzie wspierać tę funkcje, tym razem przyciskiem nazwanym "Create". Oczywiście marzy mi się oprogramowanie podobne do OBS czy Streamlabs, dostępne z menu konsoli. Jednak wątpię, aby Sony pokusiło się o aż taką rewolucje. 


Dajcie mi mój odtwarzacz CD - może teraz komuś wydawać się że oszalałem. Jednak bardzo mi brakuje odtwarzacza w PS4. Żyłem w czasach kiedy powiadało się że - "prawdziwy fan kupuje płyty". Idąc z tą sentencją moja kolekcja płyt rosła. Z czasem odtwarzacz płyt musiał ustąpić bardziej multimedialnym urządzeniom. A z racji renesansu discmanów, bardzo byłbym wdzięczny za możliwość posłuchania swoich ulubionych kawałków w zadowalającej jakości. Brzmi to pewnie jak typowe gadanie Boomera, ale proszę Sony dajcie nam możliwość odtwarzania CD


Ogarnijcie w końcu PSStore - jednak z największych bolączek. Interfejs jest dość przejrzysty i da się w tym odnaleźć. Sposób działania, zwiechy i inne tym podobne cuda, to codzienność dla gracza który obcuje z tą platformą cyfrowej dystrybucji. Nie czepiał bym się tego aż tak, gdyby nie fakt że Sony wymaga opłacania abonamentu za granie po sieci. Skoro płacę im za tę usługę to wymagam wręcz niezawodnego ekosystemu


Start odrzutowca - jedną z największych bolączek mojej leciwej PS4 FAT, jest niewątpliwie głośność działania, która przypomina odkurzacz. A musicie wiedzieć że staram się czyścić moje PS4 regularnie, raz w miesiącu. Praktyka zacna i na pewno wydłuży to żywotność konsoli która w końcu jest już u mnie przez 5 lat. Jednak komfort pracy coraz bardzie zaczyna irytować. Co prawda, konsola może się grzać przez coraz bardziej wymagające gry, jednak chciałbym aby Sony przy PS5 poważnie podeszło do tematyki chłodzenia i komfortu pracy urządzenia.


Wszytko to powstało w zasadzie w głowie, bez robienia przed artykułem odpowiedniego reaserchu. Chciałem aby była to lista naturalna. Co przychodzi mi pierwsze na myśl gdy myślę o wadach tej konsoli. 


środa, 13 maja 2020

Assassin's Creed: Rogue to świetna gra, ale...


W 2014 roku, u schyłku 7 generacji konsol. Ubisoft wpadł na dość ciekawy pomysł wydania dwóch gier z serii Assassin's Creed jednocześnie. Unity przeznaczony na konsole nowej generacji i Rogue na stare sprzęty. Ubi nie pozostawiało złudzeń, chwaląc się Unity, a drugą odsłonę wspominając tylko od czasu do czasu, dla przyzwoitości. Od bezczelny skok na kasę, mający wydoić pieniądze od posiadaczy starych konsol. Wbrew wszystkiemu, na złość Rogue okazał się dużo dużo lepszy.


Cała historia jest wywrócona do góry nogami, tym razem wcielamy się w Shaya, ex-assassyna, a obecnie templariusza. Opowieść to jedna z największych zalet AC: Rogue. W końcu dostajemy okazje opowiedzieć się po drugiej stronie barykady i przekonać się że Templariusze wcale nie są tacy źli, a Bractwo wcale nie jest takie szlachetne. Sama postać Shaya to też inna liga od płaskiego Connora czy Arno który, próbował udawać Ezio. Shay najbardziej przypomina Altaira. Zabójce z zasadami. Jeśli miałbym komuś podać powód do zagrania w tę odsłonę o bractwie skrytobójców, to właśnie była by to opowieść. Jedna z najlepszych w serii. Prosta, ale wciągająca z bohaterem któremu kibicujemy przez całą grę.


Jeśli chodzi o rozgrywkę jest to w zasadzie kalka czwartej odsłony. Gdzie trzymając na ster swojego statku, braliśmy udział w bitwach morskich i zwiedzaliśmy piękne tropikalne wyspy. Szkoda tylko że gra została umiejscowiona na terenach Północnego Atlantyku. Cały czas zwiedzamy zimowe krainy i skute lodem morza. Co sprawia że genialny klimat, Black Flag znika i w zasadzie czujemy się nie jak pirat. A kogoś w rodzaju Krzysztofa Kolumba. Warto też zwrócić uwagę że Shay, cały czas próbuje nam wmówić jaki jest dobry. Jedyny oświecony który, podczas rozgrywki bez problemu, niszczy inne statki i wybija Bogu ducha winnych. Nie jest to rażący błąd, ale zauważalny przez co imersja zostaje zburzona. 


Mógłbym jeszcze napisać o muzyce, która wydaje się standardem jak na Assassin's Creed - Ezio Family jako motyw przewodni na czele. Generyczna to idealne słowo aby, określić to czym te utwory są. Nie wybijają się tak jak Black Flag czy Brotherhood. 


Czy warto nadrobić AC: Rogue? Uważam że tak, jeśli ktoś nie ma dość pływania statkiem w Black Flag. To jest to więcej tego samego. To samo danie, podane tylko w innej formie. Szczególnie teraz, kiedy nowe RPGowe odsłony nie przekonują mnie i chcę po prostu pobawić się w skrytobójce, to Rogue spełni swoje zadanie idealnie. 








wtorek, 12 maja 2020

Tango z Demonami

  

Ostatnio w końcu nadrobiłem Doom'a z 2016 roku. Bardzo długo broniłem się przed tą strzelanką. Nigdy nie byłem wielkim fanem gier z serii Doom. Oczywiście grałem w pierwszą i drugą odsłonę, ale nigdy ich nie ukończyłem. Doom 3, został przeze mnie kompletnie zignorowany i tak samo pewnie było by z odsłoną z 2016 roku, gdyby nie wrodzona ciekawość.



Bo tak, byłem ciekaw jak w tak szybki tytuł gra się na padzie. Dodatkowo przemówił do mnie mój wewnętrzny Janusz bo obecnie Doom z 2016 roku jest bardzo tani na PS4. Przyszedłem, odpaliłem i pierwsza wrażenia były takie że, odbiłem się od tego tytułu. Co chwile umierałem i nie potrafiłem strzelać. To nie jest jakaś tam strzelanina dla niedzielnych graczy, w tej grze potrzebny jest skill. Co sprawia że masakrowanie demonów jest cholernie satysfakcjonujące. Odnosząc się do pierwotnych instynktów, uśmiech nie schodził mi z twarzy. 


Mamy do pokonania 13 poziomów, pełnego różnego rodzaju pomiotu z piekła rodem. Doom nie przejmuje się realizmem i nosi w tyłku cały arsenał, przez strzelbę, aż na rakietnicy i działku obrotowym kończąc. Szkoda że posiadając taki wachlarz broni, tzw. super-strzelba jest wyraźnie mocniejsza od reszty arsenału. Od momentu dostanie jej w swoje łapy, tylko czasami zmieniałem na działko gausa w celu zadania potężnych obrażeń. Jednak nie psuje to wrażeń z gry, bo masakrowanie fal wrogów to czysta przyjemność. A fakt że zasoby w postaci, amunicji, zdrowia i tarczy wypadają z wrogów. Zachęcają do wykonywania efektownych zabójstw chwały, gdzie niczym w Mortal Kombat, Doomslayer rozrywa demony gołymi rękami, Cały czas jesteśmy zmuszeni do parcia naprzód i forsowania agresywnej gry. W Doom'ie to my jesteśmy myśliwym, a cały świat naszą ofiarą. 


Warstwa audiowizualna tylko pogłębia klimat. W końcu znajdujemy się na marsjańskiej bazie, aby trafić do samych czeluści piekieł. Gra na PS4 wyciąga stałe i rzadkie 60 klatek na sekundę. Więc zapewnia odpowiednią płynność. Ciężka metalowa muzyka tylko pobudza nas do dalszego działania i wesołego rozwalania demonów.


Doom jaki jest każdy widzi. W dobie masy militarnych strzelanek które silą się na udawany realizm i skupiają na aspekcie sieciowym.  Swoim staro szkolnym stylem jest powiewem świeżości i prawdziwą ucztą dla gracza. Oto długa gra z gatunku FPS która skupia się na zmaganiach dla samotnego gracza. Oferując masę treści i godzin świetnej zabawy.

niedziela, 10 maja 2020

Ten drugi brat - Luigi's Mansion 3


                              

Wszyscy wiedzą kim jest Mario, a znacie jego brata Luigiego? Pewni że nie, kto by się tam przejmował - to w końcu ten drugi. A szkoda bo o ile Marian sprawia wrażenie gwiazdy, któremu woda sodowa uderzyła do głowy, tak Luigi to typ z którym przyjemnie sączyło by się piwo w barze rozmawiając o pierdołach. Tym miłym wstępem, opowiem wam dziś o Luigi's Mansion 3



Nie grałem w poprzednie odsłony tej serii, jednak słyszałem o niej dużo pozytywnego i kiedy w końcu dorwałem się do niej, była to jednak z najprzyjemniejszych podróży. Powrót do czasów dzieciństwa z "Pogromcami duchów", programami telewizyjnymi pokroju "Czy boisz się ciemności" czy książek - "Wakacje z duchami". Bo taka właśnie jest ta produkcja - przyjemna. Będąca fantastyczną przygodą w której pomagamy szalenie sympatycznemu Luigiemu przedzierać się przez kolejne pokoju nawiedzonego hotelu.

Mario, Peach i Luigi wybierają się na zasłużony odpoczynek do hotelu. Tam, plany wakacyjne zostają popsute przez złego króla Buu, który chce zemścić się na Luigim. Przyjaciele zostają uwięzieni w obrazach, a masz bohater uzbrojony w najnowsze zdobycze technologii Profesora E.Godd'a musi przełamać swój strach i uwolnić przyjaciół. Samą frajdę sprawia już samo poruszanie głównego bohatera, od razu pokazując że nie jest jak jego brat-buc. Boi się, trzęsie się. Jednak nigdy się nie poddaje. W gruncie rzeczy gra polega na eksploracji kolejnych, coraz dziwaczniejszych pięter nawiedzonego hotelu w celu odnalezienia przycisku do windy. która zaprowadzi nas wyżej i tak aż do finalnego bossa. Jak to bywa w grach Nintendo, założenie proste. A największa siła tej produkcji to - gameplay. Zwiedzanie hotelu daje masę frajdy, zbieramy monety aby za ich pomocą kupować udogodnienia do gry. Dla fanów znajdziek są klejnoty do odnalezienia. Co więcej z powodu budowy gry, większość scenerii stanowią obiekty fizyczne. Nic nie stoi na przeszkodzie aby naszym "odkurzaczem na duchy" zdemolować całe pomieszczenie. A kto nie ma przyjemności z beztroskiej destrukcji?


Luigi okazał się ostatecznie bardzo sympatyczny i nie wiem czy nie lepszy od Mario. Bo kiedy Nintendo klepie kolejny gry z Marianem, to Luigi przeżywa również wspaniałe przygody i chciałbym poznać ich więcej. Mam nadzieje że nie będę musiał czekać na kolejną generacje aby poznać nowe przygody Luigiego i jego nawiedzonej rezydencji,

piątek, 8 maja 2020

Microsoft dalej niczego się nie nauczył

Gdy zaczyna się artykuł takim zdaniem, trzeba się przygotować na ewentualny hejt zielonych wojowników. Na początku zaznaczam że nie mam nic do Xbox'a, uważam że to świetna konsola. Do tego oferowane usługi, takie jak gamepass czy wsteczna kompatybilność sprawiają że to naprawdę ciekawe urządzenie.


Cofnijmy się w czasie, mamy rok 2013 i wielką prezentacje nowego Xboxa. MS podczas prezentacji skupia się na usługach takich jak skype czy telewizja. pokaz nowej wersji kinecta o którą, nikt nie prosił. To, jak zła była ta prezentacja przeszło do historii. Nie zdziwił bym się gdyby, służył na uczelniach jako przykład - jak nie prezentować konsoli do gier. Dla usprawiedliwienia dodajmy że Sony też się swoją prezentacją nie popisało. Przewińmy taśmę do czasów E3. w internecie huczy od zapowiedzi MS o logowaniu się do sieci raz na dobę i walką z rynkiem wtórnym gier. Na konferencji oczywiście o tym nie mówili. Pokazano kilka ciekawych gier na wyłączność, które już wtedy miały wyjść również na PC. Nie była to zła prezentacja, zwłaszcza po tym co pokazano nam poprzednio. Jeśli mam być szczery to konferencja Sony na temat Ps4 też nie była wybitna, ale zawierała jeden ważny zabieg marketingowy. Informacje o tym że Sony nie będzie blokować używanych gier i nie będzie trzeba logować się do internetu. Oczywiście potem emocje nieco opadły, kiedy okazało się że do grania po sieci potrzebny jest abonament.


W ogóle premiera Xbox One była jakaś przeklęta. Afera z zagraniami anty konsumenckimi, słabszy sprzęt od konkurencji, no i problemy z dostępność sprzętu na premierę. Przypomina to trochę epopeje nazwaną Fallout 76. Wracając do tematu, większość widzi porażkę MS w braku gier na wyłączność. Patrząc jednak obiektywnie, MS co roku na swoich konferencjach zapowiadał przynajmniej jeden tytuł ekskluzywny. Największym problemem jeśli chodzi o gry w przypadku Microsoftu jest, brak różnorodności. Mamy Halo, Gearsy oraz Forze w wersji zręcznościowej i symulacyjnej. Resztę tytułów można pominąć, kto dziś pamięta np. Sanset Overdrive? Wszystko zmieniło uruchomienie usługi Xbox Game Pass. Idea była bardzo prosta, 40 zł i mamy dostęp do 100 wybranych gier. Skupienie się na tej usłudze, może skończyć się jednak czkawką.


Wszystkie gry wydawane przez Xbox Game Studios, na premierę lądują w Game Pass, no i fajnie. Płacę 40 zł i mogę ograć najnowsze Gears of War. Przez to jednak gry bardzo szybko tracą na wartości przez co mniejsze sklepy całkowicie rezygnują ze współpracy z Microsoftem i sprzedawania ich gier oraz sprzętu. Widać to, już teraz pod koniec życia Xbox One, a kto wie jak to może wyglądać w przypadku Xbox Series X. Wszyscy poczuli ekscytacje kiedy to Phil Spencer opowiadał jakich to studiów nie kupił i dołączył do rodziny Xbox'a. Ludzie jednak, zdają się ignorować dwie istotne rzeczy. Studia zakupione przez MS, nie produkują gier AAA, więc o takich produkcjach możemy zapomnieć. Do tego większość, o ile nie wszystkie będą nastawione na multiplayer. Dlaczego tak uważam? Xbox Game Pass, aby taka usługa się opłaciła musi posiadać rosnącą bazę użytkowników. Gry multiplayer przyciągną na dłużej, niż AAA z długą historią dla jednego gracza. Sztandarowe tytuły korporacji, tylko potwierdzają moje słowa. 


środa, 6 maja 2020

Wąsata Odyseja


Lubię platformówki, odczuwam jakaś przyjemność w skakaniu po platformach i zbieraniu różnych: jabłek, monet czy innych fasolek. Czy się to komu podoba czy nie, w tym gatunku królują gry z Marianem. Wystarczy popatrzeć na słupki sprzedażowe i ocenić. Inni bohaterowie odchodzą, a wąsaty hydraulik bawi nas dalej swoimi przygodami. Nigdy nie miałem okazji zakosztować Super Mario w 3D, aż do teraz. 



Super Mario Odyssey jest małą rewolucją. Do tego jest to jedna z bardziej przystępnych gier z Mario. Fabuła znowu traktuje o porwaniu przez Bowsera, księżniczki Peach. A my musimy ją odbić, goniąc za antagonistą przez cały glob. Pomoże nam w tym nowy towarzysz hydraulika - Cappy(nie mylić z sokiem). Czapka-duch która pozwoli nam opętać przeciwników i przejąć nad nimi kontrole. Z resztą na całej mechanice rzucania kapeluszem, ten tytuł się opiera. Podczas przygody trafiamy do rozmaitych otwartych lokacji. Pokonując kolejne zagadki i przeszkody znajdujemy księżyce będące paliwem do naszego statku. Po zebraniu odpowiedniej liczby, ruszamy dalej do kolejnego królestwa. 


Brzmi monotonnie, ale wcale takie nie jest. Zbieranie księżyców wciąga, przez świetne różnorodne lokacje - od dżungli po przez wielkie metropolie, a na wakacyjnym kurorcie kończąc. Trafiła się nawet jedna lokacja niczym wyjęta z Dark Souls. Nie ma tu, więc miejsca na nudę. Księżyców porozrzucanych po mapie jest cała masa i zebranie określonej liczby nigdy nie jest problemem. A nawet jeśli zdarzy się nam zaciąć to za niewielką opłatą Toad pokaże nam który, księżyc jeszcze nie został zebrany. 


Na koniec zostawiłem sobie warstwę audiowizualną Super Mario Odyssey. Grafika jest śliczna, kolorowa i przyjemna dla oka. Animacja głównego bohatera to mistrzostwo pierwsza klasa, a klimatyczne miejscówki tylko pogłębiają wrażenia. Nie inaczej jest z audio. Wspaniałe w pełni udźwiękowione piosenki i odgłosy. Wszystko to sprawia że uśmiech nie schodzi nam z twarzy. Dla każdego który tęskni za Raymanem, Kangurkiem Kao czy innym Sonickiem - Odyseja Super Mariusza jest tytułem obowiązkowym do ogrania. 




poniedziałek, 4 maja 2020

Trudna miłość do Nintendo

Uwielbiam Nintendo, ale nie wszystkie ich gry do mnie trafiają. Nie zmienia to faktu że, wcześniej czy później ulegam i zapatruje się w ich konsolę. Tak było z Gameboy'em, DS'em czy 3DS'em. Trzy lata temu przy okazji premiery Nintendo Switch, korporacja połączyła swoją dywizje przenośną ze stacjonarną. Jak się okazało był to strzał w dziesiątkę. Hybrydowa konsola sprzedaje się świetnie i oferuje rozgrywkę inną od wszystkich konkurencyjnych platform.


Zaopatrzyłem się w swój egzemplarz niecały rok temu przy okazji premiery  Pokemon Sword and Shield. Pomimo tylu lat na karku, dalej ulegam magii kieszonkowych stworków. Później przyszła pora na kolejne pozycje z portfolio Nintendo, takie jak The Legend of Zelda czy Lugi's Mansion 3. Tytuły ekskluzywne to największa siła tej konsoli, a jeśli ktoś nie przepada za cukierkową oprawą to nie ma czego szukać na tej platformie. To, że Nintendo chroni swoje maskotki jak lwica młode wiadomo od dawna. Ile to już razy firma pozwała zwykłych pasjonatów, bo próbowali odświeżyć jakiś tytuł. Firma ma proste podejście - chcesz grać w nasze gry, musisz mieć nasz sprzęt. Wizerunkowo nie pomaga fakt, że firma nawet nie posiada polskiego oddziału czy wydawcy. Sprowadzaniem gier Nintendo na nasz rynek zajmują się Czesi, a konkretnie firma Conquest. Nintendo jest znane ze swojego rodzinnego podejścia i tworzenia gier familijnych. Ich reklamy czy gry tylko nas w tym przekonują, że firma ta żyje w zupełnie innej rzeczywistości niż Sony czy Microsoft. 


Czy to źle? Nie, bo elektroniczna rozrywka to medium dla każdego. Bardziej dojrzali gracze będą kręcić nosem na grafikę i mówić, że to gry dla dzieci. Prawda jest jednak inna - pod przyjemną grafiką i prostymi historiami ujawnia się największa siła gier Nintendo, czyli gameplay. Tytuły takie jak Pokemon czy The Legend of Zelda, dostarczają jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. Sprzęt z którego użytkowania może czerpać przyjemność każdy. Tak bym napisał gdyby nie to, że w Polsce mamy jeden poważny problem.


Mianowicie Czesi starają się jak mogą, tworząc reklamy w internecie z polskimi napisami, czy pojawiając się ze stoiskiem na większych imprezach branżowych. Ich starania dają efekt - znajomy, który prowadzi sklep z grami potwierdza, że widoczny jest popyt na Switcha. To jednak wciąż za mało, aby Nintendo lokalizowało swoje gry na nasz rodzimy język. Pojawia się tu bowiem paradoks, ponieważ Switcha kupują głównie starsi, dla których bariera językowa nie jest problemem. Zauważyłem że podejście takich graczy do Nintendo przypomina wyznawców jakiejś religii. Gdzie gry to największe skarby i artefakty których nie można sprzedać czy wymienić. Prowadzi to do pierońsko drogich gier, a dorzucając jeszcze że tytuły na Switch wydawane są na kartridżach. Ceny windują w górę. Wydaje mi się że aby ograniczyć rynek wtórny, Nintendo specjalnie wydaje DLC do swoich największych marek. 


Pomimo tego wszystkiego, brak wsparcia dla polskiego języka, drogich i trudno dostępnych gier. W produkcjach Nintendo bawię się świetnie i dają mi one masę radości. Trzeba pamiętać, że Switch to nie sprzęt dla każdego. Pomimo ogromnej ilości portów i gier 3rd party. Dalej jest to sprzęt wyjątkowy, któremu nie każdemu się spodoba. Cały czas mamy do czynienia z konsolą przenośną i użytkując ją - trzeba być gotowym na pewne kompromisy.


sobota, 2 maja 2020

Symulator Kuriera



Trzecia nad ranem, siedzę przed telewizorem w zgaszonym pokoju i obserwuje idące napisy końcowe. W tym momencie zdaje sobie sprawę że, skończyłem jedną z największych przygód 2019 roku. A dokonałem tego praktycznie tylko idąc. Death Stranding, budzi tyle kontrowersji, co zachwytu. Dla jednych nudny symulator chodzenia, dla drugich wspaniała pełna uczuć podróż. Spróbuje odpowiedzieć na pytanie, czym jest Death Stranding?


Odpowiedź na to pytanie jest względnie łatwa. Najprościej mówiąc - Death Stranding to gra akcji z perspektywy trzeciej osoby z otwartym światem. Czytając to, macie już w głowie takie tytuły jak GTA, Assassin's Creed, Wiedźmin 3 czy Red Dead Redempion 2. To wszystko tylko pozory, bo Death Stranding bliżej do The Legend of Zelda: Breath of The Wild czy takich produkcji indie jak The Journey czy No Man's Sky. Gdzie cytując Nore Roberts w jej książce Taniec Bogów: "...czasami cel podróży nie jest najważniejszy, liczy się sama droga, to czego się na niej dowiadujesz, co robisz." 



Patrząc już na samą opowieść, nie wchodząc za bardzo w spoilery. Na początku jesteśmy zagubieni jak główny bohater, próbujemy poznać ten zagmatwany po apokalipsie świat. Z drugiej strony zwiedzamy piękne panoramy, mające na celu pokazać nam że pomimo katastrofy, świat dalej jest piękny. Taką samą sytuacje obserwowaliśmy w Legend of Zelda: Breath of the Wild. Piękny choć zniszczony świat, który czeka na lepsze jutro. Death Stranding to bardzo powolna i melancholijna podróż. Pełna trudności, planowania tras, dźwigania bagażu no i walki o przetrwanie. Pod koniec naszej "drogi" już wiemy gdzie jesteśmy i co robimy. Pamiętając początek Red Dead Redempion 2, powolny i spokojny, przez który wiele osób odbiło się od tej gry. Death Stranding jest takie same, tylko na znacznie większą skale, dokręcając tępa tylko w określonych sytuacjach na, krótką chwilę. Aby potem wrócić do spokojnej podróży.


A jak się w to gra? Mówiąc najprościej, idziemy przed siebie do wyznaczonego celu. Nie brzmi to zbyt ciekawie, jednak fakt że musimy uważać na paczki, a teren po którym się przemieszczamy nie jest zbyt przyjazny. Jesteśmy zmuszeni stosować: drabiny, liny wspinaczkowe, mosty czy tyrolki aby dostać się do trudno położonych miejsc. Planowanie tras, to jedna z najlepszych rzeczy jakie Death Stranding ma do zaoferowania. Ryzować szybszą trasę ale, konfrontacje z przeciwnikiem? A może iść dłużej, ale za to bezpieczniej? Czy zabrać ze sobą drabinę? Czy wykorzystam środek transportu? To wszystko sprawia że samo wyruszenie jest wyzwaniem. Bo nie wiemy co nas czeka za rogiem. Gra bardzo dawkuje nam kolejne narzędzia, przez to później zarządzanie ekwipunkiem staje się zabawą samą w sobie.


Całkowicie dałem się pochłonąć w świat przedstawiony, tak oryginalny i dziwaczny. Hideo Kojima twórca tego dzieła, już w swoich poprzednich grach pokazywał że potrafi tworzyć dziwaczne ale, ciekawe historie. Nie raz emocjonalny rollercoaster wyleci w górę. Przyzwyczajamy się do postaci i utożsamiamy się z nimi. Nie małą rolę pełni tu muzyka, tak świetnie dobrana przez samego reżysera. Idealnie pasując do sytuacji na ekranie, nie raz nawiązując swoją treścią do uczuć które mamy w tym momencie odczuwać. Jeszcze bardziej czując wieź z postaciami.

Sama rozgrywka też nie zawodzi. Nie bojąc się wprowadzać jakieś mechaniki tylko na jeden moment, aby tylko spotęgować napięcie. Oczywiście na swojej drodze spotkamy przeciwników. Ludzkich adwersarzy można łatwo powalić czy uciec. Wynurzeni, czyli nadnaturalne stwory które widzimy tylko gdy, stoimy bez ruchu to inna para "kaloszy". Na początku będziemy przeciw nim bezsilni, przekradając się powoli i uważnie. Spotkania z nimi zawsze, pełne są emocji. Cały czas gra pokazuje nam coś, nowego do odkrycia. Smaczku dodaje ciekawy multiplayer. Ogólnie Death Stranding to solowa przygoda i na swojej drodze nie spotkamy żadnego innego gracza. Jednak, zostawiona przez gracza drabina czy schron mogą być dla nas bardzo przydatne. Nie zliczę ile razy sprzęt zostawiony przez innych graczy uratował mnie.

Jak można podsumować Death Stranding? Fantastyczne przeżycie. Jeśli interesują was doświadczenia i widzicie w grach coś więcej niż tępą rozrywkę, to jest produkcja dla was. Ten tytuł udowadnia że gry są sztuką. Jak i również wspaniałym medium do opowiadania wzruszających historii.