piątek, 14 sierpnia 2020

Dark Souls 2 jest...spoko

Po ograniu pierwszej części Soulsów, dwójka była tylko kwestią czasu. Pierwsza część z miejsca wskoczyła na listę moich ulubionych gierek. Nadeszła jednak część druga. Przez wielu uważaną za najgorszą odsłonę, pojawiają się nawet głosy że to niegrywalny syf. Gdybym pisał te słowa na początku swojej przygody z tą odsłoną, to pewnie bym się z nimi zgodził. Grałem jednak dalej i nie rozumiem głosów, aż tak wielkiej krytyki.

 

Druga odsłona to eksperyment, dając nam nieco inny rozwój klas niż w poprzedniej odsłonie, do tego wstęp jest bardziej przyjazny i jest swoistym samouczkiem. Gdy docieramy do startowej lokacji będącej odpowiednikiem Firelink w tej odsłonie, czyli miasteczka Majura. Widzimy jak wiele się zmieniło. Estusy dalej odnawiają się przy ogniskach, ale aby zwiększyć ich ilość musimy szukać jego fragmentów. Dostajemy większą ilość przedmiotów leczących, statystyk jest więcej. Zmian jest sporo i większość to mniej lub bardziej trafione tropy. Pomimo zwolnienia rozgrywki, to dalej są Soulsy i czuć to.

Kolejny zarzut z jakim się spotykam, to słabi bossowie. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Po pokonaniu kilku, designy ich bledną przy tych z pierwszej odsłony. Jednak, patrząc na stylistykę drugiego Dark Souls i tego jak próbuje być skrajnie inna od jedynki, to nie można się na twórców gniewać. Chcieli dać coś nowego, co nie do końca fani pochwalili. 

Wbrew wielu głosom, Dark Souls ma fabułę i to dobrą. Z resztą Soulsy opowiadają wszystko przez środowisko i jeśli nie jesteśmy uważni możemy po prostu przegapić opowieść. Pierwsza część pokazywała to świetnie, w drugiej odsłonie tej fabuły praktycznie nie ma, szukam jej po kątach, rozmawiam z NPC i nic. Prowadzi to do tego że gubię się w tej odsłonie, jeszcze bardziej niż w części pierwszej. Dostaliśmy w zasadzie jedno zdanie, gdzie mamy iść, jednak nic o tym jak tam trafić. Nie przeszkadza mi eksploracja, nawet powiedział bym że, to miłe ze strony twórców dać nam trochę swobody, jednak przydała by się mały drogowskaz.

Czy DS2 to jednak aż tak niegrywalny syf? Raczej nie, jest inny od swojego poprzednika. Dla mnie jest to odsłona nieco gorsza, odstająca od pierwsze części, może to za dużo zmian. Wina to po prostu brak projektantka pierwszej odsłony. Hidetaki Miyazaki miał po prostu spójną wizję, bez jego kontroli produkt wydaje się jak praca domowa którą ktoś przepisał i dodał parę zdań od siebie aby facetka się nie połapała. To dalej jest dobry tytuł, warty zagrania. Chociaż, aby wyrobić sobie opinie. 


 

czwartek, 6 sierpnia 2020

Jak pokochałem Dark Souls


Dark Souls, tytuł który miał być ostoją ostatnich hardcorowych graczy. Piekielnie trudny, który zapoczątkował nowy gatunek gier "soulslike" nazywane też czasami "soulsborne". Sam swoją przygodę zacząłem od Bloodborne, bardzo unikalnego doświadczenia. Będąc pewny siebie spróbowałem serii Dark Souls, a dokładniej pierwszej zremasterowanej odsłony. Początki były trudne: jest to pozycja wymagająca i wredna, oczekująca od gracza skupienia. Jednak nie jest aż tak trudna jak się wszystkim wydaje. A nawet zasugeruje że Soulsy są łatwe.


Jak to Soulsy są łatwe? Nie zrozumcie mnie źle, to dalej strasznie wymagający tytuł, nie patyczkujący się graczem. Największa trudność wynika z braku wiedzy, gra bardzo oszczędnie podaje nam informacje. Po za oczywistościami że, istnieją bronię pod siłę czy zręczność, aż po tak egzotyczne jak fakt że ilość noszonego żelastwa ma wpływ na uniki. Wszystkiego musimy dowiedzieć się sami, eksplorując i zwiedzając świat. Czasami wpadniemy w jakąś pułapkę, jednak przeważnie nie giniemy z winy gry, a swojej. Soulsy zawsze dają nam szansę i ostrzegają przed niebezpieczeństwem, tylko musimy nauczyć się rozglądać. Biegnięcie do przodu, bez przygotowania to w proszenie się o guza. 


To co robi wrażenie, to ogrom możliwości w stylu jakim chcemy grać. Broni do wykorzystania jest masa: halabardy, katany, miecze, łuki, młoty. Zarówno dla osób preferujące silne powolne postaci, jak i szybkie oraz zwinne. Nic nie stoi na przeszkodzie aby zrobić hybrydę wyżej napisanych czy maga. W Dark Souls nie da się w zasadzie zniszczyć postaci, przez źle rozdane punkty. Każda postaci jest dobra, jeśli tylko odpowiada naszemu stylowi gry.


Soulsy mają swój unikalny styl gry, z przeciwników zbieramy duszę które są naszą jedyną walutą. Rozwijamy za nie umiejętności, kupujemy ulepszenia czy nowe pancerze. To sprawia że musimy już od samego początku uważać co robimy. Gdy padniemy nasze dusze zostaną utracone, dostajemy szansę odzyskania ich gdy znowu udamy się do miejsca śmierci. Jednak kiedy w drodze, zdarzy nam się umrzeć. Tracimy wszystko, nasze dusze znikają i nie mamy jak ich odzyskać niż znowu wy grindować. Ogniska tutaj stają się dla nas ostoją, nie tylko przywracają pasek zdrowia oraz mikstury leczące nazywane tu estusami, ale również wracają do życia po mniejsi przeciwnicy. Nigdy więc nie zostajemy całkowicie bez dusz


Ja ogrywając Dark Souls zakochałem się w wymagających walkach z bossami, ginąłem z przyjemnością coraz bardziej przybliżając się do celu jaką było pokonanie bossa. Śmierć w Dark Souls boli, ale również motywuje. Tak naprawdę z odpowiednim zaparciem każdy jest w stanie przejść Soulsy, tylko potrzebuje odpowiedniej cierpliwości i rozwagi. Polecam tę serię gier wszystkim, bez wyjątków. Chociaż spróbować swoich sił w tym jakby nie patrzeć specyficznym RPG.





piątek, 31 lipca 2020

Interaktywna ściema - Heavy Rain

Uwielbiam stare gry przygodowe typu point and click. Do dziś chętnie wracam do The Secret of Monkey Island. A w młodości ogrywałem Hokus Pokus Różowa Pantera czy Ace Ventura. Przez moje okulary nostalgii, są to klasyki które wręcz trzeba znać. Dalej chętnie wracam do tego typu produkcji, a ostatnio ponownie przeszedłem Heavy Rain, tylko tym razem postanowiłem grać źle

Nie jestem wielkim fanem Quantic Dream i twórczości Davida Cage'a. Powiedział bym nawet, że jedna z pierwszych ich gier. Wydane jeszcze na PS2 - Fahrenheit to tytuł słaby. Prawdziwy popis grafomaństwa i nie przemyślanych decyzji scenariuszowych. Po paru latach przyszła kolej na kolejny "interaktywny film" w postaci Heavy Rain, miał to być thriller o zabójcy z origami, gdzie nasze wybory miały mieć znaczenie, a każda z postaci mogła zginąć. Faktycznie, po premierze gra osiągnęła nie mały sukces. Ja również dałem się wciągnąć w opowieść i przez długi czas "Ciężki deszcz" był jedną z moich gier generacji na PS3. 

Lata jednak mijały, a Ja postanowiłem wrócić do tej historii. Jak wyżej wspomniałem kompletnie niszcząc pracę deweloperów, próbując po prostu grać źle i bardzo nie przemyślanie. Wtedy też cała bańka o znaczących wyborach i umierających postaciach, pękła. Okazuje się że, postaci można zabić tylko w konkretnych momentach i naprawdę trzeba się postarać aby je zabić. Napiszę więcej, musiałem specjalnie używać poradnika, aby zobaczyć jak mogę daną postać zabić. Co istotne, jeśli zagramy źle to historia mordercy urywa się, nie mając konkretnej konkluzji. Jakbyśmy oglądali odcinek serialu zakończonego cliffhangerem.

W tej produkcji, mnogość wyborów to tylko iluzja, sprytnie kreowana przez fakt że chcemy grać dobrze. Większość "zadań" które miał wykonać Ethan, koncertowo spieprzyłem, a i tak dzięki Madison udało mi się osiągnąć najlepsze zakończenie. Bo istotne wybory padają dopiero pod koniec. Szczytem jednak była scena z detektywem Scottem Schelby - postać jest uwięziona na dnie jeziora w samochodzie, towarzyszy mu w tej sytuacji jego nie przytomna dziewczyna. Dostajemy serię QTE aby uwolnić się z pułapki. To oczywiste że porażka w tej sytuacji to pewna śmierć. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie gdy po około 6 minutach nie robienia nic, pan Scott wyszedł z pułapki nietknięty, a jedna konsekwencja to śmierć jego partnerki. Śmierć która nie ma znaczenia w dalszej części opowieści. Ponieważ Lorein później z opowieści znika

Gdy drugi raz ukończyłem ten tytuł byłem zirytowany, niekompetencją scenariusza i silenie się na dramę w momentach kiedy ta gra ich nie potrzebowała. Sam nie uważam się za wielkiego pisarza, nie wiem czy byłbym w stanie napisać historię na podobnym poziomie. Mogę jednak ocenić to co zagrałem i wyrazić zdanie. A brzmi ono następująco. Heavy Rain to świetny tytuł pod warunkiem że grasz w niego tak jak sobie wymyślili twórcy. 


czwartek, 23 lipca 2020

W końcu pokazali gry na nową generacje, ale...


Jestem po czwartkowym pokazie gier na Xbox'a. Teraz gdy analizuje wszystko na trzeźwo, wydaje mi się że to najlepsze co mógł zrobić Microsoft. Mam swoje obawy, jednak dotyczące zupełnie czego innego i o tym napiszę następnym razem. Jak to klasycznie już tutaj...zacznijmy od początku.


Ogólnie cały wydźwięk prezentacji był dobry. Dostaliśmy masę gier, wiele dostało daty premiery. Cieszy powrót takich marek jak Fable, Stalker 2 ekskluzywnie na Xbox Series X. Pojawiła się odpowiedź na nowe Gran Turismo w postaci Forzy, czy intrygujące Medium od polskiego Bloober Team. Nie ma wątpliwości że Microsoft nauczył się na swoich błędach i ma zamiar przynajmniej na początku życia konsoli zaoferować masę świetnych tytułów. Wylewając teraz na głowę wiadro zimnej wody, tak samo było przed premierą Xbox One. Nie chodzi mi jednak o wbicie szpili w Phila Spencera, bo uratował swoimi pomysłami markę Xbox. Dając graczom tak świetne usługi jak GamePass czy wsteczna kompatybilność.


Tak jak w przypadku Sony, cieszę się z nowego Spider-Mana czy powrót do Ratcheta i Clanka, tak dalej nie widzę gry która by zmiotła wszystkie pionki z planszy. Pokazując prawdziwą moc next-gena. Chciałbym wrócić do czasów kiedy pokazywano po raz pierwszy Killzone 2 czy Gears of War, a ludzie pytali. To gra może tak wyglądać? Microsoft miał taką okazję przy marce Halo, jednak fakt że Halo Infinite wyjdzie też na Xbox One, sprawia że cała chęć posiadania nowej konsoli odchodzi na dalszy plan. Po co kupować nowy sprzęt? Skoro na Xbox One dalej będą wychodzić gry. Rodzinna polityka, bo w końcu Xbox to rodzina. Nie koniecznie przekona hardkorowych graczy aby wydać pieniądze na nowe pudło do grania. Nawet za pomocą Smart Delivery


Sam jestem tego doskonałym przykładem, mając wciąż stare PS4 w wersji Fat, podpiętym do średniej klasy telewizora Full HD, czy czuje się przez to gorszy od posiadaczy PS4 Pro? Absolutnie nie, a patrząc na kolejne porównania graficzne jeszcze bardziej przekonuje się, że ulepszona wersja kompletnie nie jest mi potrzebna. Podobna sytuacja może być w przypadku obozu zielonych. Chwaląc się najpotężniejszą konsolą na świecie, pokazujemy coś co wcale nie jest imponujące. Robiąc z naszej prezentacji festiwal ładnych filmów CGI. Zapowiedzi cieszą, jednak mnie jak i pewnie wielu interesują konkrety. 


Nie czuje tej nowej generacji ani u Sony, ani u Microsoftu. Nie piszę też że gry które zaprezentowali są brzydkie. Po prostu po 7 latach, przeskok powinien być ogromny i tego nie widać. Ktoś teraz może mi zarzucić że Nintendo wydała Zeldę na WiiU i Switcha i nie zaszkodziło to sprzedaży konsoli. Zgadza się, być może nawet Zelda to marka o podobnej sile do Halo. Jednak, nowy Xbox to nie konsola przenośna. Największą rewolucją u Nintendo to właśnie fakt że to konsola hybrydowa i to głownie ją sprzedawało. 

czwartek, 9 lipca 2020

Superbohaterowie na VR



  

Ostatnimi czasy miałem przyjemność ogrywać dwa tytuły na VR, obydwa dotyczyły superbohaterów, prezentujące kompletnie inne podejście do rozgrywki w tej jakby nie patrzeć młodej technologii. Przedstawiam kilka moich przemyśleń o Iron Man VR i Batman Arkham VR, obydwa tytuły ogrywałem na PS VR

  

Uwielbiam superbohaterów, nie ważne czy to bohaterowie Marvela, DC czy Image Comics albo Dark Horse, wszystkich lubię. Gdy dowiedziałem się że na VR powstaje gra która, pozwala wcielić się w Batmana i do tego ma być związana z serią Arkham. Musiałem zagrać w ten tytuł. Chociaż nazwanie tego grą jest bardzo na wyrost. Zdecydowanie bliżej temu do pewnego rodzaju doświadczenia wirtualnej rzeczywistości niż pełnoprawnego tytułu. Krótka, statyczna przygoda dająca masę interakcji z otoczeniem i pokazanie do czego zdolna jest ta technologia. Z drugiej strony mamy Iron Mana, pełnoprawną grę akcji na gogle VR, przygodę trwającą około 7-8 godzin pełnego strzelania i latania.

  

Obydwa tytuły są świetne, pomimo tego że prezentują zupełnie inne podejście, dotyczą też wbrew pozorom zupełnie dwóch różnych bohaterów(chociaż obydwoje mają tą samą moc - pieniądze). Batman przedstawia nam niekanoniczną historię w której poszukujemy zabójców Nightwinga, jest to powieść detektywistyczna, stawiająca na rozwiązywanie zagadek i interakcje z otoczeniem. Poruszamy się tutaj przez teleportacje do kolejnych "stanowisk" próbując rozwiązać zagadkę przez odpowiednie manipulowanie przedmiotami. 

  

Iron Man podchodzi do zabawy nieco inaczej, tu też pomiędzy misjami poruszamy się teleportami po posiadłości Tonego, wchodząc w interakcje z różnymi obiektami, jest tego jednak zdecydowanie za mało. Ile można podnosić hantle, albo otworzyć lodówkę aby zjeść kanapkę. Jednak są tylko dodatki, prawdziwa rozgrywka zaczyna się kiedy dotrzemy do mapy świata i wybierzemy z niej misje. Wtedy przywdziewamy zbroje i dostajemy możliwość polatania na dość dużej mapie. Latanie za pomocą dłoni, układając je w klasyczny dla Iron Mana sposób daje masę frajdy i tak jak prawdziwy człowiek z żelaza, tak i tu musimy nauczyć się używania naszej zbroi, co daje masę frajdy. 

  

Jak już wspomniałem wcześniej, Batman to statyczna przygoda, do tego krótka. Jednak bardzo intensywna, twórcy rzucają nam swoje najlepsze pomysły, pokazując co mają do zaoferowania bez sztucznego wydłużania. Sprawia to że ogólny odbiór tej produkcji jest świetny, dostajemy dobrze przemyślane doświadczenie. Iron z kolei sprawia wrażenie nieco rozwleczonego, tak jakby twórcy nie mieli już pomysłów i starali zapchać grę do tych 8 godzin. Sprawia to że pod koniec przygody miałem zwyczajnie dość walki i chciałem aby się już skończyła, nie pomaga fakt że przez cały tytuł walczymy tylko i wyłącznie z nieciekawymi dronami. Za mało w tej produkcji bycia super bohaterem.

  

Nie zrozumcie mnie źle, walka w Iron Man VR jest świetna, ale jest jej za dużo. Drony jako przeciwnicy nie pomagają, a fakt że z ogromnej galerii złoczyńców, wybrano w zasadzie drugoligowców nie pomaga. Produkcja ta jest pełna świetnych scen, początkowy ratunek samolotu, eksploracja Stark Tower w Szanghaju czy naprawa uszkodzonej tamy. To wszystko świetne momenty gdzie technologia VR błyszczy, ale jest tego zwyczajnie za mało. Wydaje mi się że, gra mogła by być krótsza i dzięki temu miała by lepszy odbiór, nie byłaby sztucznie wydłużana. 

  

Podsumowując, jak już wspomniałem obydwa tytuły są świetne. Pokazują potencjał technologii VR i bardzo chętnie wcielił bym się w kolejnych superbohaterów i przeżywał ich przygody. Do głowy przychodzi mi masa ciekawych pomysłów. Rzucani zaklęć jako Doctor Strange, śmiganie na pajęczynie jako Spider-Man, zwiedzanie głębin oceanu jako Aquaman. To wszystko pieśń przyszłości i miejmy nadzieje że doczekamy się wkrótce więcej tego typu gier. Pomimo wad, to właśnie technologia wirtualnej rzeczywistości pozwala poczuć się jak prawdziwy superbohater.

czwartek, 25 czerwca 2020

Pierwsze wrażenia z The Last of Us 2


                                  
The Last of Us, jeden z najlepszych tytułów ostatnich lat, wzruszająca opowieść o przetrwaniu i tworzeniu więzi. Dla wielu tytuł wybitny, dla mnie po prostu dobra gra. Teraz po siedmiu latach przyszła kolej na kontynuacje. Czy jest dobrze? Spędziłem z "Part II" w chwili pisania tych słów jakieś 12 godzin. 


Opis fabuły ograniczę do zupełnego minimum. Znajdujemy się w Jackson, osadzie w której od 5 lat mieszkają Joel i Ellie, życie mija im na w miarę normalnym życiu i patrolowaniu okolicy w celu eliminowania zarażonych. W toku pewnych wydarzeń trafiamy do Seatlle, a raczej to co z niego zostało. Dalej to już w zasadzie, jedne wielki spoiler. Bardzo mi zależy aby, każdy poznał tą opowieść sam. Bo tak jak w przypadku pierwszej odsłony, druga część skupia się na opowieści. Jest to jednak zupełnie inny typ historii. 


Rozgrywka przez te 7 lat nie zmieniła się, dalej jest to mieszanka gry skradankowej i eksploracji. Tym razem jednak teren, który przyjdzie nam zwiedzać jest rozległy, a budynków do odwiedzenia masę. Czasami nawet wydaje mi się że twórcy są bardzo szczodrzy w dawanych nam zasobach. To co gryzie w tym schemacie, to wyraźnie podzielone segmenty. Gdy zaczynamy znajdować coraz więcej amunicji, wiemy że zaraz nastąpi konfrontacja z przeciwnikiem. Dalej tworzymy prowizoryczną broń, skradamy się i w ostateczności strzelamy. Jeśli komuś nie podobało się pierwsze The Last of Us, tutaj nie ma czego szukać, bo to po prostu więcej tego samego.


Grafika to oczywiście najwyższa półka i aż dziw co można wyciągnąć z 7 letniego sprzętu. Na pierwszy rzut oka nie ma jednak tego efektu WOW, a przynajmniej w moim przypadku. Później jednak zaczynamy dostrzegać masę detali i szczegółów. W oddali widzimy piękne niemal fotorealistyczne widoki. Na brawa zasługują modele postaci i ich mimika która prezentują masę emocji. Aż nie mogę się doczekać aby zobaczyć co tak doświadczone studio zrobi z mocą PS5

 
Na koniec muzyka, która jak dla mnie po prostu jest. Nie należę do grona którym specjalnie podobała się charakterystyczna ścieżka dźwiękowa pierwszej odsłony. Tutaj znowu - więcej tego samego. Dużo większe wrażenie zrobiły na mnie odgłosy otoczenia i wszelkiej maści efekty dźwiękowe. Te naprawdę są "mocne". Krzyki poległych, czy tak samo przerażające jak w pierwszej odsłonie odgłosy klikaczy.


Po tych 12 godzinach mogę stwierdzić że w chwili pisania tych słów The Last of Us Part II to tytuł znacznie lepszy od pierwszej odsłony. Czerpie ogromną przyjemność z poznawania historii Ellie, zwiedzania kolejnym miejsc po katastrofie czy walcząc z zarażonymi. Rozumiem jednak że, tak jak w przypadku Death Stranding może to nie być tytuł dla każdego. 


czwartek, 11 czerwca 2020

Resident Evil 7 reboot idealny


Rynek gier zmienia się dynamicznie, co jakiś czas pojawiają się nowe trendy czy pomysły na rozgrywkę. Nie zbędny jest ciągły rozwój, a w radykalnych przypadkach reboot. Czasami takie zabiegi spotykają się z aprobatą jak w przypadku God of War z 2018 roku, inne już mniej jak Assassin's Creed. Gdzie w tym znajduje się Resident Evil 7? Zapraszam do dalszej lektury


Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem serii, grałem we wszystkie odsłony, jednak przeszedłem tylko część czwartą, która była dla mnie ciekawą odskocznią, od innych tytułów dostępnych w tamtym czasie na PC. Siódma odsłona od dłuższego zalegała mi w kolekcji, kupiona wraz z zestawem VR, obiecywała przerażanie na nowym poziomie. Ostatecznie nie odważyłem się, ukończyć tytułu w hełmie VR. Nie zmienia to faktu że tytuł naprawdę potrafi przerazić kilka razy, na szczęście nie są to tanie jumpscary, a bardziej subtelna próba straszenia klimatem czy ogólnym brudem. Z resztą pod względem warstwy wizualnej nie ma co temu tytułowi zarzucać jest wręcz obrzydliwie piękny, pełen brutalnych scen.


Bałem się, że wraz z przeniesieniem kamery na oczy bohatera, gra straci swój klimat czy tożsamość i będzie udawać Outlast. Na całe szczęście formuła nie zmieniła się, to dalej jest Resident. Nawet zaryzykuje stwierdzenie że ma bardzo dużo wspólnego z pierwszymi trzema odsłonami. W końcu zwiedzamy tutaj posiadłość ekscentrycznych Bakerów. Chodzimy więc po pensjonacie, rozwiązujemy zagadki, zarządzamy przedmiotami czy w końcu walczymy. Nie jest to więc kolejna wariacja na temat chowania się przed przeciwnikiem. Gdzie nasze wykrycie równa się ze śmiercią i wczytaniem ostatniego zapisu. W Złej rezydencji możemy stanąć do walki z naszym adwersarzem, a i znajdzie się jakiś boss do ubicia. 


To co buduje klimat to świetna muzyka i odgłosy które nam towarzyszą, co chwilę słychać odgłosy że nie jesteśmy w domu sami i zagrożenie może czaić się za każdym zakrętem. W tym wszystkim Resident nie jest specjalnie tytułem trudnym, na normalnym poziomie trudności przejście gry zajęło mi około 10 godzin, ale musicie wiedzieć że nie lizałem ścian i miejscami po prostu pchałem fabułę od przodu. A historia przedstawiona tutaj jest bardzo ciekawa z kilkoma zwrotami akcji. Ogólnie opowieść rodziny Bakerów i Ethana który poszukuje swojej żony Mii, nie pozwala odejść od ekranu. 


Po paru dniach, dalej jestem tym tytułem zachwycony. Pokazał mi że w formuje horroru, można wprowadzić jeszcze coś nowego. Tak jak kiedyś wrażenie zrobił na mnie Silent Hill 2, tak teraz to Resident Evil 7 jest dla mnie numerem jeden. Czeka mnie jeszcze jedna przeprawa przez ten tytuł, tym razem w VR.