czwartek, 25 czerwca 2020

Pierwsze wrażenia z The Last of Us 2


                                  
The Last of Us, jeden z najlepszych tytułów ostatnich lat, wzruszająca opowieść o przetrwaniu i tworzeniu więzi. Dla wielu tytuł wybitny, dla mnie po prostu dobra gra. Teraz po siedmiu latach przyszła kolej na kontynuacje. Czy jest dobrze? Spędziłem z "Part II" w chwili pisania tych słów jakieś 12 godzin. 


Opis fabuły ograniczę do zupełnego minimum. Znajdujemy się w Jackson, osadzie w której od 5 lat mieszkają Joel i Ellie, życie mija im na w miarę normalnym życiu i patrolowaniu okolicy w celu eliminowania zarażonych. W toku pewnych wydarzeń trafiamy do Seatlle, a raczej to co z niego zostało. Dalej to już w zasadzie, jedne wielki spoiler. Bardzo mi zależy aby, każdy poznał tą opowieść sam. Bo tak jak w przypadku pierwszej odsłony, druga część skupia się na opowieści. Jest to jednak zupełnie inny typ historii. 


Rozgrywka przez te 7 lat nie zmieniła się, dalej jest to mieszanka gry skradankowej i eksploracji. Tym razem jednak teren, który przyjdzie nam zwiedzać jest rozległy, a budynków do odwiedzenia masę. Czasami nawet wydaje mi się że twórcy są bardzo szczodrzy w dawanych nam zasobach. To co gryzie w tym schemacie, to wyraźnie podzielone segmenty. Gdy zaczynamy znajdować coraz więcej amunicji, wiemy że zaraz nastąpi konfrontacja z przeciwnikiem. Dalej tworzymy prowizoryczną broń, skradamy się i w ostateczności strzelamy. Jeśli komuś nie podobało się pierwsze The Last of Us, tutaj nie ma czego szukać, bo to po prostu więcej tego samego.


Grafika to oczywiście najwyższa półka i aż dziw co można wyciągnąć z 7 letniego sprzętu. Na pierwszy rzut oka nie ma jednak tego efektu WOW, a przynajmniej w moim przypadku. Później jednak zaczynamy dostrzegać masę detali i szczegółów. W oddali widzimy piękne niemal fotorealistyczne widoki. Na brawa zasługują modele postaci i ich mimika która prezentują masę emocji. Aż nie mogę się doczekać aby zobaczyć co tak doświadczone studio zrobi z mocą PS5

 
Na koniec muzyka, która jak dla mnie po prostu jest. Nie należę do grona którym specjalnie podobała się charakterystyczna ścieżka dźwiękowa pierwszej odsłony. Tutaj znowu - więcej tego samego. Dużo większe wrażenie zrobiły na mnie odgłosy otoczenia i wszelkiej maści efekty dźwiękowe. Te naprawdę są "mocne". Krzyki poległych, czy tak samo przerażające jak w pierwszej odsłonie odgłosy klikaczy.


Po tych 12 godzinach mogę stwierdzić że w chwili pisania tych słów The Last of Us Part II to tytuł znacznie lepszy od pierwszej odsłony. Czerpie ogromną przyjemność z poznawania historii Ellie, zwiedzania kolejnym miejsc po katastrofie czy walcząc z zarażonymi. Rozumiem jednak że, tak jak w przypadku Death Stranding może to nie być tytuł dla każdego. 


czwartek, 11 czerwca 2020

Resident Evil 7 reboot idealny


Rynek gier zmienia się dynamicznie, co jakiś czas pojawiają się nowe trendy czy pomysły na rozgrywkę. Nie zbędny jest ciągły rozwój, a w radykalnych przypadkach reboot. Czasami takie zabiegi spotykają się z aprobatą jak w przypadku God of War z 2018 roku, inne już mniej jak Assassin's Creed. Gdzie w tym znajduje się Resident Evil 7? Zapraszam do dalszej lektury


Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem serii, grałem we wszystkie odsłony, jednak przeszedłem tylko część czwartą, która była dla mnie ciekawą odskocznią, od innych tytułów dostępnych w tamtym czasie na PC. Siódma odsłona od dłuższego zalegała mi w kolekcji, kupiona wraz z zestawem VR, obiecywała przerażanie na nowym poziomie. Ostatecznie nie odważyłem się, ukończyć tytułu w hełmie VR. Nie zmienia to faktu że tytuł naprawdę potrafi przerazić kilka razy, na szczęście nie są to tanie jumpscary, a bardziej subtelna próba straszenia klimatem czy ogólnym brudem. Z resztą pod względem warstwy wizualnej nie ma co temu tytułowi zarzucać jest wręcz obrzydliwie piękny, pełen brutalnych scen.


Bałem się, że wraz z przeniesieniem kamery na oczy bohatera, gra straci swój klimat czy tożsamość i będzie udawać Outlast. Na całe szczęście formuła nie zmieniła się, to dalej jest Resident. Nawet zaryzykuje stwierdzenie że ma bardzo dużo wspólnego z pierwszymi trzema odsłonami. W końcu zwiedzamy tutaj posiadłość ekscentrycznych Bakerów. Chodzimy więc po pensjonacie, rozwiązujemy zagadki, zarządzamy przedmiotami czy w końcu walczymy. Nie jest to więc kolejna wariacja na temat chowania się przed przeciwnikiem. Gdzie nasze wykrycie równa się ze śmiercią i wczytaniem ostatniego zapisu. W Złej rezydencji możemy stanąć do walki z naszym adwersarzem, a i znajdzie się jakiś boss do ubicia. 


To co buduje klimat to świetna muzyka i odgłosy które nam towarzyszą, co chwilę słychać odgłosy że nie jesteśmy w domu sami i zagrożenie może czaić się za każdym zakrętem. W tym wszystkim Resident nie jest specjalnie tytułem trudnym, na normalnym poziomie trudności przejście gry zajęło mi około 10 godzin, ale musicie wiedzieć że nie lizałem ścian i miejscami po prostu pchałem fabułę od przodu. A historia przedstawiona tutaj jest bardzo ciekawa z kilkoma zwrotami akcji. Ogólnie opowieść rodziny Bakerów i Ethana który poszukuje swojej żony Mii, nie pozwala odejść od ekranu. 


Po paru dniach, dalej jestem tym tytułem zachwycony. Pokazał mi że w formuje horroru, można wprowadzić jeszcze coś nowego. Tak jak kiedyś wrażenie zrobił na mnie Silent Hill 2, tak teraz to Resident Evil 7 jest dla mnie numerem jeden. Czeka mnie jeszcze jedna przeprawa przez ten tytuł, tym razem w VR. 

środa, 3 czerwca 2020

Znowu pokochałem jRPG

                            

Kiedyś uwielbiałem tzw. japońskie RPG, oczywiście zaczęło się od miłości do Pokemonów, które uwielbiam do dziś. Z resztą ostatnie odsłony uważam za jedne z najlepszych w serii. Później poznałem Final Fantasy, z kultową już "siódemką" na czele. Poznałem kolejne produkcje z tego gatunku jak Golden Sun czy Persona. Nawet spróbowałem Chrono Trigger. Co więc takiego się stało?



Final Fantasy XV, broniłem się przed zagraniem w piętnastą odsłonę serii. Moje obawy okazały się słuszne. Wracając do początku, ten Final zaczynał jako twór mający być związany z XIII odsłoną cyklu i nosić tytuł Versus XIII. Początkowo był to tytuł ekskluzywny dla Playstation 3. Jednak po wielu latach, problemach z produkcją, dostaliśmy twór dziwny. Słusznie nazywany przez malkontentów najlepszym Finalem dla osób które nie są fanami Finala.


Mnie ta odsłona strasznie wymęczyła, o ile epickich momentów było sporo, a czwórka głównych postaci sympatyczna, tak historia kompletnie mnie nie wciągnęła, Sprawiająca wrażenie pisania ze skrawków informacji i złożona do kupy. Tak samo eksploracja mnie męczyła, a system walki pomimo miodności  po pewnym czasie męczył. 


To wszystko sprawiło że dostałem czegoś w rodzaju syndromu po urazowego, gdzie bałem się sięgnąć po kolejną grę z tego gatunku. W obawie przed rozczarowanie i nudą. Minęło w zasadzie parę lat kiedy ostatnio obcowałem z tym gatunkiem gier, aż do teraz. W zasadzie nakręcony przez hype, postanowiłem spróbować sił w Xenoblade Chronicles na Nintendo Switch. Jak się okazuje był to strzał w dziesiątkę i genialna kuracja. Nie jest to jedna recenzja bo na liczniku mam dopiero jakieś 10h, a w przypadku takiej gry jest to w zasadzie sam początek przygody. Przypomniałem sobie dlaczego tak uwielbiam ten gatunek. A są to sympatycznie i wyraziste postaci , które z miejsca stają się naszymi ulubieńcami. Szczególnie w Xenoblade, nie widziałem tak świetnych a jednak prostych archetypów. Do tego sama gra daje nam mechaniki, aby poznawać ich lepiej i zżyć się w nimi. Kolejna rzecz to ciekawy świat który przyjedzie nam zwiedzać, pełen ciekawych istot i krajobrazów, do tego opowieść która trzyma w napięciu. To jednak co ostatecznie przekonało mnie do Xenoblade to niesamowite cut-sceny pełne patosu, humoru i oczywiście epickich momentów, gdzie nasi bohaterowie wykazują się heroizmem.


Na pewno ukończę ten tytuł i kto wie, może znowu spróbuje poznać jakąś ciekawą historię o odwadze i przyjaźni prosto z kraju kwitnącej wiśni.